25 lut 2015

Eksperyment | Miesiąc bez kupowania jedzenia.


Jestem osobą która lubi wyzwania i eksperymenty w różnych dziedzinach życia. Na mnie działają motywująco. 

Przećwiczyłam w życiu kilka programów treningowych według rozpisek (aerobiczna 6 weidera; 30 day Jillian Michaels Shred; Focus T25 alpha); przerobiłam w życiu kilka diet (redukcyjną; Dukana; vitalia.pl; potreningu.pl, głodówkę; miesiąc bez słodyczy); nie kupowałam kosmetyków przez miesiąc; czy pozbywam się regularnie przedmiotów z mojego otoczenia (czego podsumowanie wkrótce). 

Z każdego takiego wyzwania/eksperymentu wynoszę coś wartościowego dla siebie. Nawet, gdy nie osiągnę zamierzonego celu w 100%. Tak było tym razem, pozwól, że opowiem Ci o swoich odczuciach.

Popularne stało się nie kupowanie (nawet została na ten temat napisana książka "Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków" Marta Sapała, której jeszcze niestety nie miałam okazji przeczytać). Ograniczanie się jedynie do najpotrzebniejszych rzeczy typu: chleb, mleko... Super! Jak najbardziej popieram takie inicjatywy, pozwalają ograniczyć konsumpcjonizm/ wyrzucanie jedzenie i lepiej poznać własne potrzeby. Też chciałam spróbować! Skoro w naszej 2 os. rodzinie to ja odpowiadam za zakupy spożywcze i przygotowywanie posiłków, nie wtajemniczałam za bardzo w te tematy mojego małżonka. Z psychologicznego punktu widzenia - nie lubimy ograniczeń. Byłam też ciekawa czy odczuje to w jakiś szczególny sposób. 

Zaczęłam od wyrzucenia z lodówki wszystkiego o wątpliwym terminie ważności. Niestety trochę sera i warzyw zaszło pleśnią, szynka zeschła, gdzieś w kącie w pojemniczku resztki obiadu z przed 3 dni...

Później wymyślałam dania z spośród tego co już znajdowało się w lodówce czy kuchennych szafkach. Zapasy z zamrażarki również znikały z dnia na dzień. Jak się okazało nie było tego wcale tak dużo, bo wystarczyło na półtora tygodnia. Dokupywałam pojedyncze produkty głównie warzywa na surówkę, czy do kolacji. 
Była m.in: zupa krem z brokuła, muffiny z borówkami z działki oraz bułeczki.
Zdjęcia pochodzą z mojego profilu na instagram.
Największym napotkanym przeze mnie problemem okazało się pieczywo. Nigdy nie jestem wstanie określić ile zjemy w przeciągu najbliższych 2-3 dni. Sklepowe bułki następnego dnia często nie nadają się do zjedzenia, a chleb po 2 dniach potrafi spleśnieć czy brzydko pachnieć. Niestety nie podjęłam jeszcze próby robienia domowego chleba na zakwasie. Nie mam na to czasu, chęci, energii...

Ale pokusiłam się na zrobienie bezglutenowych kukurydzianych bułeczek<przepis>, które jedliśmy zaraz po przygotowaniu. Ponieważ nie jest to mąka pszenna bułki mają bardziej zwartą konsystencję i szybciej twardnieją. Z tego przepisu wychodziło mi ok. 5-6 sztuk małych bułek. Ale uwierzcie, że po jednej byłam już najedzona, a małżonek po 2 czuł się syty. Mąka kukurydziana ma specyficzny smak i pewnie nie każdemu podejdzie, ale w kolejnych dniach mieszałam w proporcjach 1:1 z mąką gryczaną (zmielona na drobno kasza gryczana) i smak był jeszcze lepszy.

Mąkę można zrobić samodzielnie o ile mamy odpowiedni młynek/ sprzęt. Ja w swojej kuchni nie posiadam, ale przy okazji odwiedzin u siostry - zmieliła dla mnie kaszę i ryż. Jak widać nawet nasze relacje na tym skorzystały! Już umówiłyśmy się na zrobienie domowej "kostki rosołowej" i innych przetworów.

Według mnie całkowite zaprzestanie kupowania jedzenia żyjąc w dużym mieście jest nie możliwe. Nie mamy gdzie wyhodować zwierzynę czy rośliny. Ale zakupy spożywcze można spróbować ograniczyć do minimum, jeżeli oczywiście tego chcemy! Nic na siłę....

Wymaga to jedynie większej kreatywności w kuchni, pomysłu na dania. Tak, aby jak najlepiej wykorzystać kupowane już produkty. I jak najmniej wyrzucać do kosza. W konsekwencji sięga się po produkty mniej przetworzone, zdrowsze z czego płyną dodatkowe korzyści. Nie koniecznie potrzeba więcej czasu na samo przygotowywanie posiłków (nie lubię gotować dłużej niż 30 min.), lecz dobrej organizacji czasu.

Nie było u mnie całkiem kolorowo. Zaliczyłam wtopę z bananowymi racuchami?, które za nic w świecie nie chciały się "ściąć" na patelni... Wypiłam też herbatę na mieście z przyjaciółką i wcale tego nie żałuję!

I oczywiście nie wytrzymałam cały miesiąc w tym postanowieniu, ale nawet 2 tygodnie można uznać za duży sukces! Już kupuję mniej i mądrzej. Do tego eksperymentu na pewno jeszcze wrócę, gdy tylko odczuję taką potrzebę.

P.s. Nieświadomy małżonek na eksperymencie nie ucierpiał i nie odczuł dużej różnicy.

Zachęcam do dyskusji:
Co Ty uważasz na temat nie kupowania jedzenia,
bądź ograniczenia?

16 komentarzy:

  1. u mnie generatorem dużej ilości różnych rzeczy były zakupy kilka razy w tygodniu :) o wiele mniej i lepiej przemyślanie wydaję, jeśli wybieramy się raz w miesiącu na większe zakupy spożywcze i kupujemy wszystkie rzeczy suche, puszkowane itp. raz w tygodniu uzupełniam lodówkę w świeże mięso i warzywa/owoce mniej więcej planując co zjemy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie takie duże zakupy nie zdają egzaminu, nigdy nie wiem co tak do końca będę miała ochotę zjeść jutro czy pojutrze:p

      Usuń
  2. Muszę się w końcu zabrać za lekturę tej książki, strasznie mnie ciekawi! Świetny projekt, na pewno spróbuję czegoś podobnego w najbliższym czasie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze tej książki nie czytałam, ale jest na mojej liście:P Z czystej ciekawości.

      Usuń
  3. Ty to serio lubisz sobie wyznaczać cele, ale to dobrze :)
    My się ograniczamy w kupowaniu jedzenia, ale to raczej kwestie budżetowe ;) Niemniej jednak zdarzają się przypadki wyrzucania, bo coś spleśniało, niestety. I strasznie tego nie znoszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ;) Mi się zawsze wydawało, że na jedzeniu nie ma co oszczędzać, że przecież kupuję tylko to co potrzebujemy itd... a jednak czuję jakieś ukucie w sercu, gdy coś ląduje w koszu bo się zmarnowało...

      Usuń
  4. Post dla studentki! ;)) Od poniedziałku koniec ferii i wiem, że moje jedzenie będzie zupełnie inne niż w rodzinnym domu :) Bo ja planuje jedzenie z wyprzedzeniem, a Mama kupuje bardziej impulsywnie. Po kim odziedziczyłam ten minimalizm? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie dlatego ze łatwiej jest kupić odpowiednia ilośc żywności dla jednej osoby niż trafić w gusta kilku domowników ;)

      Usuń
  5. Czytałam tę książkę, bardzo sobie ją chwalę. Co prawda było kilka naciąganych rzeczy... nigdy nie zrozumiem np. zbierania jedzenia po mieście, chodzenia po jakiś łąkach i zbierania owoców (no chyba, że są to jabłka czy gruszki to jeszcze ok), bo wydaje mi się to... niehigieniczne. Pełno aut naokoło a ja zbieram szczaw... ta, już to widzę ;)
    Ale projekt bardzo fajny, sama jakiś czas temu podobny przeprowadziłam i w taki sposób oczyściłam całkowicie zamrażarkę i wszystkie składziki żywności w mieszkaniu. Teraz jest zdecydowanie lepiej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jeszcze książki nie czytałam, ale mam w planach. No tak zbieranie jedzenia na mieście to kiepska opcja również według mnie. Nie mam też na to czasu. Ale zdarzają się jeszcze miejsca, gdzie dziko rosną mirabelki czy jabłka i korzystanie z tego to nic złego. Ja u siebie na dzielnicy blisko lasu znalazłam dzikie pole truskawek, chyba pozostałości po jakiś ogródkach działkowych.

      Czyszczenie zamrażarki i wyjadanie składników, które już się nagromadziło to świetny sposób też na oszczędzenie w danym momencie pieniędzy:)

      Usuń
  6. Na świeże pieczywo jest jeden niezawodny sposób- zamrażalnik :) Kupuję pieczywo hurtowo i od razu wkładam je do zamrażalki. Rano wyjmuję w zależności od potrzeb kilka sztuk. Zanim się ogarnę bułeczki są odmrożone i smakują jak prosto ze sklepu.

    Podziwiam Cię, że zdecydowałaś się na taki eksperyment i jednocześnie gratuluję wytrwałości. Ja już teraz wiem, że to nie dla mnie. Oczywiście nie popieram wyrzucania jedzenia i zawsze kupuję tyle ile jestem w stanie zjeść. Rozsądne zakupy to podstawa i tego zawsze staram się trzymać. Nie wyobrażam sobie jednak żeby samodzielnie piec chleb/robić konfitury/hodować zioła itd. Jak ktoś chce i ma czas, jasne. Tylko, że realnie mało kto może sobie na to pozwolić. Absolutnie nie jestem zwolenniczką konsumpcjonizmu, ale taki minimalizm jaki ostatnio stał się modny to popadanie z jednej skrajności w kolejną skrajność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też czasami mrożę pieczywo, ale ten czas rozmrażania czasami mnie dobija. Pieczenie chleba jest bardziej czasochłonne bo nie mam jakiś specjalnych sprzętów czy cierpliwości do wygniatania/ odstawiania itd. Więc pozostanę przy robieniu bułeczek od czasu do czasu i kupnie pieczywa w sklepie.

      Ogólnie robię małe zakupy takie na 2-3 dni nie większe, ale czasami zwyczajnie w świecie to co wydawało się, że zjem z chęcią zostaje - bo w następnym dniu już nam się odechciewa;p

      Robiłam dżemy w zeszłym roku z truskawek kupionych prosto z pola ;) są pyszne! Dodaje do jogurtów naturalnych, maślanki czy owsianki. Jeden dzień przygotowań i powstało ok. 50 sztuk małych 0,5 l słoiczków. Hodowałam zioła typu bazylia, pietruszka, mięta na oknie kuchennym. Pomidorki koktajlowe 4 szt. na balkonie bo mam dosyć spory, więc przez całe lato nie musiałam kupować pomidorów. Tak samo z truskawkami ok. 20 szt. zamiast kwiatów na barierce balkonu. Codziennie świeże i smaczne;) Mnie to nie kosztuje ani dużo czasu ani pieniędzy więc to robię. Jedyne co muszę zrobić to podlewać ale małżonek chce zrobić taki system nawadniania co sam będzie podlewał według potrzeby.

      Moi rodzice mają działkę na takich typowych ogródkach działkowych, głównie mają trawę ale też kilka krzaczków borówek amerykańskich. Co roku mają tyle, że dzielą po równo między swoją 4 dzieci i jeszcze dla nich sporo zostaje;) Do tego sąsiad z działki obok (starszy pan) ma różne sałaty, cukinie, rzodkiewki, ogórki itd. i często się dzieli. Chętnie przyjmuję bo czemu nie?

      Radzimy sobie na tyle ile w mieście można sobie radzić. Kur hodować nie będę:P No chyba, że coś mi kiedyś odbije i wyprowadzę się na wieś....

      Daleko mi do popadania w skrajność.

      Dla równowagi: tak jak już kiedyś pisałam lubię też wypić kawę na mieście w znanej sieciówce z przyjaciółką. Pójść do restauracji/ knajpy i zjeść coś smacznego z małżonkiem. Korzystam z tego dobrodziejstwa, które jest dostępne i czerpię z tego przyjemność. Ale nie dlatego, że się śpieszę, tylko właśnie wtedy celebruję chwilę z najbliższymi;) Bez zmywania, bez bałaganu i ze spacerem gratis;)

      Usuń
  7. Kiedyś miałam duży problem z jedzeniem, a w sumie to z jego wyrzucaniem. Chciało się coś innego zjeść, zjadło połowę, potem nasiłe jeszcze kilka kęsów/plasterków/kawałków i reszta psuła się w lodówce. Teraz staram się baczniej przyglądać swoim zakupom, czasami z koszyka coś wraca na półkę bo mam świadomość, że to się zepsuje, a sklep przecież jest pod domem, więc za kilka dni też mogę to kupić. Ostatnio wykańczałam wszelkie zapasy, zrobiłam porządki w szafkach z kaszami i makaronami. Wyczyściłam lodówkę i dzięki temu zyskałam jedną rzecz - dokupuję tylko to, co mi danego dnia potrzebne. Staram się robić obiad na dwa dni, więc to wiele ułatwia :)
    pozdrawiam, A

    OdpowiedzUsuń
  8. W ostatnim czasie próbuję robić zakupy z listą w ręku i tak też planować najpierw obiady.
    Ogranicza to ilość kupowanego jedzenia. Czasem niestety tak bywa, że mimo zaplanowanych obiadów,
    czy kupienia innych produktów, przejedzą nam się i zwyczajnie nie mamy ochoty na nie w danym momencie.
    Wtedy też staramy się jakoś wybrnąć.
    Pozostaje mi wziąć się za zamrażalnik.
    Trochę tam produktów jeszcze jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na zakupy spożywcze też przeważnie chodzę z listą, ale tak jak mówisz nawet jak się zaplanuje z góry kilka obiadów, czy kolacji nie zawsze mamy następnego dnia na to ochotę. Lepiej się u mnie sprawdzają mniejsze zakupy na góra dwa dni, a później dokupywanie kolejnych do tego co pozostało.

      Usuń

Dziękuję za komentarz. Zachowaj kulturę osobistą, nie obrażaj mnie, ani innych blogerów. Nie wklejaj linków. Masz pytanie - pisz, odpowiem tutaj lub w osobny poście jeżeli temat będzie wymagał rozwinięcia. Zawsze możesz też napisać do mnie maila, a ja najszybciej jak będę mogła odpiszę!