03.12.2016

Ile musisz mieć? Kiedy będziesz w końcu szczęśliwa/y?

Prawie dwa tygodnie temu obchodziłam swoje 28 urodziny. Przygotowałam z tej okazji rodzinny obiad oraz deser. Tort, zawsze piekę tort, na moje urodziny oraz urodziny męża. Tym razem nie zapomniałam włożyć świeczek, było więc oficjalne dmuchanie i życzenie składane sobie samej, po cichu w głowie. Niby się nie zdradza, by nie zapeszać. Jednak ja zdradziłam to życzenie mojemu mężowi, gdy już zostaliśmy sami wieczorem. A nawet podzieliłam się nim z moimi czytelnikami na facebooku.
"Chcę być zawsze taka szczęśliwa jak teraz."
Autentycznie, jestem szczęśliwa! Chociaż moje życie nie jest idealne, bywają wzloty i upadki. Staram się nie przejmować rzeczami, na które nie mam wpływu. Tego nauczył mnie mój mąż i jestem mu za to wdzięczna. 

Jestem zdrowa, nie licząc małego epizodu grypy?. I niedoczynności tarczycy, z którą nauczyłam się żyć. Dbam o siebie, tak jak potrafię. Od roku poprzez dietę głównie roślinną, bo przecież wkrada się jeszcze jajko, ryba czy owoce morza, ale nie częściej niż raz w tygodniu, więc nie mogę nazwać siebie weganką. To nie istotne, ważne, że czuję się lepiej. A moje wyniki krwi są dobre, nawet lepsze niż w ubiegłym roku nie licząc niedoboru Wit. B czy wit. D. 

Witamina B magazynuje się w organizmie i pozostaje jeszcze na jakiś czas od zaprzestania jedzenia mięsa, różnie u jednych wystarczy na pół roku, u innych na rok. U mnie limit został już wyczerpany, więc włączyłam suplementację. Wit. D natomiast pozyskujemy wraz z promieniowanie słonecznym, którego w naszej szerokości geograficznej jest zbyt mało, szczególnie gdy nie leży się plackiem na plaży. Tę witaminę również wprowadziłam do suplementacji od września i zamierzam przyjmować ją aż do lata. 

Nauczyłam się akceptować swoje słabości, słabości wynikające ze wspomnianej niedoczynności. Kiedy mam gorszy, słabszy dzień po prostu odpuszczam, leniuchuję pod kocem, lub drzemię wraz z kotem. Nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Po prostu wsłuchuję się w swój organizm, w ogóle nauczyłam się słuchać siebie. Mój endokrynolog i tak jest pod ogromnym wrażeniem, jak dobre mam wyniki i jak dobre samopoczucie pomimo niezmienionej dawki leków od 9 miesięcy.

Nauczyłam się słuchać i akceptować. Nie tylko to, że jestem czasami słabsza. Też to, że nie jestem idealna. Że nie będę podobać się każdemu i nie da się dogodzić każdemu. Że nie mam ani wzrostu, ani figury modelki. Jestem sobą i podobam się sobie. Z każdym elementem swojego ciała od czubka głowy po same palce. Może to brzmi narcystycznie, ale daleko mi do samouwielbienia. Po prostu siebie lubię i odkąd poprzestawiałam sobie parę spraw w głowie, czuję, że żyje mi się lepiej. Nie katuję swojego ciała godzinami ćwiczeń. Ćwiczę, gdy mam na to ochotę i czas. Aktualnie zafascynowana jestem jogą, na zajęciach dostaję extra mocny, robię to, czego nigdy wcześniej bym nie zrobiła, z powodu dziwnych lęków, ograniczeń. Uczęszczam dwa razy w tygodniu po 90 minut. Na zajęcia chodzi ze mną również teściowa, dzięki czemu zbliżamy się do siebie. 

Najlepiej żyć po swojemu, swoim tempem. Zawsze jednak szanuję drugą osobę i staram się tym byciem sobą nie krzywdzić innych. Moich bliskich, na których mi zależy. A zależy mi na mojej rodzinie. Jestem wdzięczna, że mam takich, a nie innych rodziców. Że wychowano mnie w ogromnej miłości, że dostałam od nich tak wiele akceptacji, tego, jak wyglądam, tego, kim jestem. Że nie musiałam i nie muszę wypełniać żadnego planu moich rodziców, a oni i tak są ze mnie dumni.

Cieszę się, że mogę ich odwiedzić co niedziela. Że jemy wspólnie obiad, popijamy kawę, a ja kawę pijam tylko w dobrym towarzystwie. Dalej swobodnie ze sobą rozmawiamy, nawet gdy nasze poglądy są odmienne. Szanujemy siebie. Lubię też w tygodniu podjechać do Mamy lub zaprosić ją do siebie. Nie rozmawiamy często przez telefon, bardziej cenię sobie wspólny czas twarzą w twarz. Super, że rytm mojego życia pozwala mi na to. Tak samo ważne jest dla mnie rodzeństwo, chociaż ta relacja z biegiem czasu jest trudniejsza. Każdy ma swoje życie, swoje obowiązki. Jednak cieszę się ogromnie na każdą wspólną chwilę.

Mam przyjaciół, choć nie wielu, oszczędnie podchodzę do słowa przyjaciel. Jak inaczej nazwać kogoś, z kim znasz się od dziecka, przed kim nie masz tajemnic? Kto zawsze będzie przy Tobie, gdy tego potrzebujesz i wzajemnie. Kogoś, kto jest z Tobą bez interesownie, akceptuje Twoje wady. Mamy z mężem fajną paczkę znajomych, z którymi spędzamy wolne chwile. Jesteśmy w swoim towarzystwie swobodni, nikogo przed sobą nie udajemy.

Mam męża, którego kocham z wzajemnością. Jesteśmy razem już 6 lat po ślubie, a łącznie prawie 10 lat. Powtarzałam już wiele razy, że to odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu. Zdaję sobie jednak sprawę, jak trudno musi być osobom samotnym, jak bardzo mogą pragnąć miłości. Bo z drugą osobą, jest po prostu łatwiej, pod warunkiem, że Cię wspiera, wierzy w Ciebie i ciągnie w górę. Nie można dać się zdominować, to czy z kimś jesteśmy w związku, czy nie, nie definiuje tego, czy jesteśmy wartościowi, czy nie. Nigdy tak nie powinno być! Nigdy! Lepiej być samemu niż z byle kim. Z kimś, kto nas nie docenia, nie szanuje i jeszcze obniża naszą samoocenę. Nie pozwólmy się krzywdzić.

Mam dach nad głową, mieszkanie, które czasami mnie wkurza, bo za duże i zbyt dużo kosztuje. W myśl by nie narzekać, więcej tego robić nie będę. Cieszę się z niego, pomimo że nie jest urządzone zgodnie z najnowszymi trendami. Nie potrzebuję tego do szczęścia. Bo właściwie ciągle można by coś udoskonalać, remontować, wymieniać stare na nowe i pragnąć więcej... Ktoś ma dwa pokoje, marzy o trzech, ma trzy marzy o czterech. Albo o domku co najmniej 100 m2 z ogródkiem, gdzieś za miastem, ale dalej w atrakcyjnej okolicy. I tak dalej i tak dalej... Gdy mówię, że marzy mi się malusi domek, jeszcze mniejszy od mieszkania, które posiadam, każdy puka się w głowę. Że to się nie opłaca i za mały. Ja serio niewiele potrzebuję do szczęścia...

Z takich rzeczy przyziemnych, mieszkalnych: wygodne łóżko, na którym można się wyspać. Kanapa, na której z mężem będziemy leniuchować i oglądać wspólnie serial. Albo zasiądziemy na niej ze znajomymi podczas gry w planszówki. Stolik, przy którym można zjeść posiłek. Podstawa jak lodówka, kuchenka do przyrządzenia posiłku, czy prysznic i wc do celów higienicznych. Cała reszta to tylko przedmioty, które mogą być, ale nie muszą. Czy kupujesz je dla siebie, czy po to, by zaimponować innym?

A ubrań, ile ich potrzebujesz? Czy ciągle musisz mieć nowe, modne? Mam wiele okazji do rozmów z kobietami, często rozmawiamy o takich zwykłych babskich tematach jak moda czy uroda. I są ogromnie zdziwione, że nie kupiłam sobie nic nowego do ubrania od ponad 3 miesięcy. Wręcz uważam, że moja garderoba jest idealna i nic więcej nie potrzebuję. Że cieszy mnie ten sam płaszcz 3 rok z rzędu, że noszę te same kozaki już 5 rok i nie zamierzam kupować nowych. Czy Ty potrafisz powstrzymać się od zakupów, chociaż na miesiąc? Czy potrzebujesz kolejnej torebki, czy butów? Czy owe zakupy faktycznie dają Ci długotrwałą satysfakcję, czy to tylko chwilowy impuls szczęścia, który znika, jeszcze szybciej niż się pojawił?

Nie mam nic przeciwko, kupuj, jeśli sprawia Ci to radość, ale taką prawdziwą, długotrwałą. Szanuję Twoje wybory, tylko tak się zastanawiam, ile musisz mieć, by być szczęśliwym? Nie piszę tego, by Ciebie krytykować, tylko po to, by skłonić do refleksji. Często słyszę, ile to by trzeba wygrać w lotto, by wystarczyło na dostatnie życie. No właśnie, ile? Pół miliona, wystarcza zaledwie na średniej wielkości mieszkanie w większym mieście. Milion, no można by mieć mieszkanie, większe lub w bardziej prestiżowej dzielnicy, urządzone wysokiej klasy meblami, dodatkami. Jak spod igły. Albo dom, dwupiętrowy z kilkoma sypialniami. I samochód - nowy koniecznie! Lecz wciąż trzeba pracować, by mieć za co żyć, by teraz te luksusy utrzymać. Gdyby tak mieć 5 milionów, to można by nie tylko kupić coś sobie, ale i podzielić się z rodziną. Jak liczniejsza rodzina, to 5 milionów może być mało, potrzeba by co najmniej 10 ! Szaleństwo...

To tylko takie przykłady, uogólnienie. Rozumiesz, o co mi chodzi? Czy umiesz docenić, to co obecnie posiadasz? Czy jesteś szczęśliwa, szczęśliwy? Czy wybiegasz wciąż myślami do przodu, że dopiero jak będziesz mieć to czy tamto, to będziesz szczęśliwa/y? Czas leci, o czym świadczą kolejne świeczki na urodzinowym torcie i kolejne kartki kalendarza. Żyj tu i teraz, doceniaj, co posiadasz, jak duże masz szczęście, posiadając zdrowie, rodzinę, schronienie, jedzenie, ciepło. Ciesz się z małych rzeczy, nie narzekaj i nie zamartwiaj się rzeczami, na które nie masz wpływu. Rób to, co lubisz, we własnym tempie, bez pośpiechu. Twój grafik wcale nie musi być wypełniony od rana do wieczora obowiązkami, chociaż bycie zajętym, rozchwytywanym jest teraz takie modne. Zwolnij, zastanów się, co jest dla Ciebie ważne?

To taka, moja refleksja nad życiem, taka mała recepta na szczęście...

25.11.2016

Pixie Cosmetics | Wszystko o korektorze, podkładzie i pudrze mineralnym (dużo zdjęć).

recenzja kosmetyków mineralnych pixie

Pisałam nie jednokrotnie, że lubię delikatny, naturalny makijaż. Podkreślający urodę, ale też delikatnie maskujący niedoskonałości. W moim przypadku zasinienie pod oczami (dziś mocno widoczne z powodu choroby), rozszerzone naczynka krwionośne wokół nosa, czy ogólne zaczerwienienie skóry. Lubię makijaż, którego nie czuć na skórze, dzięki któremu skóra dalej może swobodnie oddychać. A kosmetyki zastosowane do makijażu nie przyczyniają się do powstawania zmian trądzikowych. Można by rzec, że wymagam niemożliwego. Tak też mi się wydawało jeszcze kilka lat temu, gdy szukałam pośród kosmetyków dostępnych w drogeriach. Teraz już wiem, że minerały mogą mi to wszystko zagwarantować!

Dzięki życzliwości przedstawiciela marki Pixie Cosmetics, od miesiąca testowałam ich trzy kultowe produkty, które sama wybrałam z oferty:
  • Korektor mineralny o kremowej konsystencji Reviving Under Eye Concealer w odcieniu 01 vanilla cream. Pojemność ?
  • Podkład mineralny z serii Amazon Gold w odcieniu creamy natural. Pojemność 6,5 g.
  • Transparenty puder Mega Matte Kapok Tree Powder jak sama nazwa wskazuje o właściwościach matująco-wygładzających. Pojemność 3,5 g. 
Oczywiście na testowanie produktów zgadzam się wyłącznie, gdy wpisują się w moje aktualne potrzeby i spełniają moje oczekiwania dotyczące kosmetyków. Ważny dla mnie jest naturalny skład oraz to, aby marka nie testowała swoich produktów na zwierzętach. Ogromnym kredytem zaufania darzę polskie marki, tak też jest w tym przypadku. 

Dzisiaj nadeszła chwila bym opisała Ci swoje wrażenia na temat poszczególnych produktów. Sposobu aplikacji, komfortu noszenia, efektu jaki można dzięki nim uzyskać, trwałości i wydajności. Tam, gdzie to możliwe zaprezentuję na fotografii. Wszystko to, co sama chciałabym wiedzieć przed ewentualnym zakupem kosmetyku. 

18.11.2016

Wet n Wild | Mega pulp maskara.

WEGAŃSKI TUSZ DO RZĘS

Długo zwlekałam z prezentacją i recenzją tego tuszu do rzęs. Ponownie przeżywałam mały kryzys, rzęsy wypadały w centralnej części oka i w pewnym momencie nie było czego malować. W dalszym ciągu nie wiem dlaczego, może przez odstawienie a właściwie zmniejszenie częstotliwości smarowania rzęs serum Revive Lashes <efekty> do 1-2 razy w tyg. Może po zmianie tuszu do rzęs i produktu do demakijażu oczu? A może po prostu to chwilowe osłabienie organizmu przy niedoczynności tarczycy, które miałam również na początku tego roku i włosy na całym ciele też rosły wolniej? 

W każdym bądź razie postanowiłam pogodzić się z zaistniałą sytuacją i raz na zawsze odstawić wszelkie wspomagacze wzrostu moich rzęs. Docenić to, co mam tu i teraz, przecież moje rzęsy z natury nie były wcale takie liche. Może nie imponująco długie, ale chociaż gęste i przy odpowiednim tuszu wyglądały całkiem spektakularnie. 

Koniec wywodów, wracam do recenzji. Moje zainteresowanie marką Wet n Wild rozbudziła youtuberka PINK MINK STUDIO. Wegańska makijażystka, której makijaże możecie m.in. zobaczyć w magazynie Vege (do kupienia w empiku). Marka ta nie testuje swoich kosmetyków na zwierzętach, a wybrany przeze mnie tusz do rzęs jest w 100% wegański. Odkąd przywiązuję do tego większą wagę, podczas swoich zakupów, napotykam pewne trudności, ale wciąż się staram. I jeśli kosmetyk mogę mieć na wyciągnięcie dłoni, dostępny jest w drogerii Natura w mieście, w którym mieszkam, grzech nie spróbować!

WETNWILD MEGA PULP MASCARA SWATCHE

Marka Wet n Wild ma kilka różnych tuszy w swojej ofercie. Zdecydowałam się na mega pulp ze względu na dwie różne szczoteczki w jednym tuszu. Większą klasyczną do górnych rzęs oraz małą do dolnych rzęs. Już miałam kiedyś styczność z podobną malutką szczoteczką w maskarze Maybelline <tutaj>

Tusz do rzęs zaraz po otwarciu ma idealną konsystencję do stosowania, nie za mokrą i nie za suchą. Początkowo jak zawsze przy zmianie szczoteczki, trzeba przyzwyczaić się do aplikacji maskary. Dla mnie duża szczoteczka, pomimo 3 miesięcy stosowania tuszu wciąż nie jest idealna. Włosie jest za sztywne i nie potrafię idealnie pokryć rzęs maskarą. Chyba przywykłam do silikonowych szczoteczek, są bardziej precyzyjne i wyłapują każdą nawet najmniejszą rzęsę. Czasami z rozczesaniem rzęs i dokładniejszym pokryciem pomagam sobie tą mniejszą szczoteczką. Każdorazowo podczas aplikacji ubrudziłam sobie górną powiekę. Co wymaga ode mnie doczyszczenia patyczkiem do uszu lub palcem i tych kilka sekund więcej na te czynności. A straszny ze mnie leniwiec z rana...

EFEKTY WET N WILD MEGA PULP MASCARA


WEGAŃSKA MASKACARA DO RZĘS
Efekt jaki daje mi ten tusz, jest mocno przeciętny. Możesz zobaczyć na zdjęciach. Miałam wiele lepszych tuszu do rzęs. Szczególnie polubiłam poprzednika tusz Physicians Formula <recenzja> i pomimo wyższej ceny, mam zamiar do niego wrócić. Tusz Wet n Wild kosztuje w cenie regularnej około 20 zł, ale z tego, co wiem, Natura co jakiś czas wprowadza przeceny. 

Tusz nie rozmazuje się w ciągu dnia, nie kseruje na górnej powiece. I ogólnie mocno trzyma się na rzęsach, również podczas aktywności fizycznej: biegania, ćwiczenia jogi. Kiedy biegam/ ćwiczę wieczorem, nie zawsze zmywam makijaż z oczu, by nie marnować czasu, ewentualnie zmywam resztki podkładu mineralnego/ kremu BB oraz pudru z twarzy. Mój makijaż jest na tyle lekki, że, nawet gdyby pozostał na skórze, to mi nie zaszkodzi. (Na zdjęciach powyżej mam nowy podkład oraz puder, czyż nie wygląda pięknie? Niebawem napiszę o nim więcej). I tak po ćwiczeniach biorę prysznic i dokładnie oczyszczam skórę twarzy i oczu.  

Początkowo męczyłam się z demakijażem rzęs wytuszowanych tą maskarą, stąd też moje podejrzenia, że to przyczyna zmożonego wypadania. Jak się jednak okazuje, to olejek Resibo<recenzja> po prostu kiepsko sobie radził. Nie ważne czy z zastosowaniem dołączonej ściereczki, czy z pomocą wielorazowych płatków kosmetycznych<recenzja>, które uwielbiam i regularnie stosuję od ponad roku. Co przy okazji pozwala mi zminimalizować ilość śmieci w łazience. Natomiast płyn micelarny Biały Jeleń rozpuszcza tusz w kilka sekund. 

Po otwarciu kosmetyku jest 6 m-cy na jego bezpieczne użytkowanie. U mnie mija już 3 miesiąc i właściwie odczuwam potrzebę nowego zakupu tuszu do rzęs. Obecny maluje słabiej, a przy kolejnej warstwie zaczynają tworzyć się grudki. Jak to się mówi: jego dni są policzone?