27 mar 2017

Aktywność fizyczna minionych miesięcy | a niedoczynność tarczycy

Dawno na blogu nie poruszałam tematu mojej aktywności fizycznej, a przecież nie ustępuje i od kilku już lat regularnie ćwiczę. Zmienia się tylko forma aktywności fizycznej, jaką wybieram w zależności od pory roku. Oraz częstotliwość wykonywanych ćwiczeń względem moich chęci czy po prostu samopoczucia. Czasami dzielę się tym, co robię na facebooku czy instagramie i stąd Wasze prośby o zgłębienie tematu i pytania, które bardzo ułatwiły mi napisanie tego postu. 

Ma on na celu przedstawienie mojej aktywności fizycznej minionych miesięcy, jak zmieniała się na przestrzeni jesieni-zimy. Czy schudłam, czy przytyłam, a może trzymam w dalszym ciągu tę samą wagę? Jakie są moje ulubione ćwiczenia/ programy treningowe? Piszę w kontekście choroby niedoczynności tarczycy, lecz na pewno i zdrowe osoby znajdą tu coś wartościowego dla siebie. Być może stanę się dla Ciebie motywacją do dbania o siebie albo zachęcę do wypróbowania innych form aktywności fizycznej? Będzie też o akceptacji własnego ciała oraz triki jak w kilka sekund optycznie się wyszczuplić. Pokazuję je po to, byście nie wierzyły/li ślepo w to, co kreują media. 

Po co ćwiczę? 
Ćwiczę nie po to, by być chudą, celowo użyłam słowa chuda nie szczupła czy zgrabna, by podkreślić moje oczekiwania względem siebie, jakie miałam jeszcze kilka lat temu. A o zgrozo byłam jeszcze lżejsza o kilka kilo niż teraz. Nie mam też wygórowanych oczekiwań, nie wymagam od siebie przebiegnięcia maratonu, ani "kaloryfera" na brzuchu. Nie chcę by moje ciało, było jak Chodakowskiej, Lewandowskiej, Gackiej i innej trenerki fitnessu, gwiazdy filmowej, czy najbliższej koleżanki, czy osoby, którą podglądam w internecie. 

Teraz moim priorytetem jest zdrowie! 

Odkąd choruję na niedoczynność tarczycy nauczyłam się lepiej odczytywać sygnały, jakie wysyła mi moje ciało. Owszem słucham się lekarza prowadzącego i wiem, że przy niedoczynności (hashimoto) trzeba włożyć więcej wysiłku w ćwiczenia, jak i dietę, by utrzymać prawidłową wagę ciała. Mimo wszystko,  w pierwszej kolejności słucham się siebie. 

Czasami odpuszczam i nic nie robię, dzień, dwa, a nawet tydzień. Czasami daję z siebie 100, a nawet 200%. To chęć bycia zdrowym jest dla mnie największą motywacją do wykonania określonego zestawu ćwiczeń, biegania czy po prostu wyjścia na spacer. Nie czuję przymusu do ćwiczeń, an tym bardziej wyrzutów sumienia, gdy tego nie robię. Tak niestety bywało kiedyś, a wydaje mi się, że stąd bierze się niepotrzebny stres, który jak każdy dobrze wie, wyrządza nam ogromną krzywdę. 

Jaką aktywność fizyczną wybieram?
EFEKTY PRAKTYKOWANIA JOGIWiosną i latem z ogromną przyjemnością biegam. Lubię przebywać na świeżym powietrzu i korzystam z każdej takiej możliwości. Mieszkam w Gdyni, lecz w dzielnicy położonej ok. 20-40 minut od morza w zależności od środka transportu. Za to moja dzielnica otoczona jest z trzech stron lasem oraz ma całkiem przyzwoitą ścieżkę rowerową. Jeździmy rowerami z mężem, najczęściej w weekend, czasami popołudniami. 

Późną jesienią zaprzestaję biegania z powodu pokrzywki idiopatycznej, którą dostaję na skutek wahań temperatury ciała i powietrza. Niestety do tej pory nie znalazłam dodatkowej przyczyny, być może jakiś składnik pożywienia wzmaga pokrzywkę. A leki, które otrzymałam od dermatologa, nie eliminują problemu, jedynie skracają czas trwania objawów. Wyjątek robię w przypadku nart biegowych, gdy spadnie śnieg. Biorę tabletkę przed i idę czerpać przyjemność z tych krótkich śnieżnych chwil w pobliskim lesie. Tę formę ruchu wybiera również mój małżonek. Co mnie ogromnie cieszy, że możemy spędzać więcej czasu razem, dbając o naszą kondycję fizyczną i zdrowie. 

Gdy nie sprzyja pogoda, lubię też ćwiczenia w domu z programami dostępnymi w internecie. Wiele piałam na ten temat już na blogu i aktywne linki znajdziesz u góry w zakładce popularne posty lub klikając w prawej kolumnie na zakładkę ćwiczenia. Nie potrzebuję dodatkowej motywacji w formie opłaconego karnetu na siłownię. W maju ubiegłego roku zupełnie przypadkiem natrafiłam na ogłoszenie o zajęciach jogi organizowane w pobliskiej podstawówce. To skłoniło mnie do praktykowania pod czujnym okiem instruktorki Marzeny, z którą szybko złapałam nić porozumienia. Myślałam o tym już wcześniej, aczkolwiek dojeżdżanie do specjalnych szkół jogi zajęłoby mi zbyt wiele czasu, który mogę poświęcić na inne czynności. 

Tak jak wspominałam wyżej, słucham swojego ciała. Ponieważ w okresie zimy mam mniej siły i chęci na aktywność fizyczną to właśnie joga wpisała się na stałe w mój grafik. Mogłabym godzinami wypisywać korzyści płynące z regularnego praktykowania. Dzięki jodze nie tylko się relaksuję, a przy autoimmunologicznej niedoczynności tarczycy to ważne, by zmniejszać ilość stresu w codziennym życiu. Również wzmacniam mięśnie i wydłużam, pogłębiam ruchomość stawów, dbam o swój kręgosłup i zaobserwowałam wiele pozytywnych zmian w swoim ciele i umyśle. 

Próbowałam różnych aktywności fizycznych, na szczęście jest ich tyle, że każdy znajdzie coś dla siebie. Warto wypróbować kilku, by znaleźć coś, co najbardziej nam odpowiada, tempo, intensywność. Czy lubimy ćwiczyć z kimś, czy indywidualnie? Chodziłam kiedyś na zajęcia zorganizowane na siłowni, pilates, step, aerobik, aero dance, ćwiczenia na piłkach. Ćwiczyłam także na maszynach w siłowni. Jednak na dzisiaj nie chcę marnować czasu na dojazdy do tych miejsc. Nie odpowiadają mi godziny zajęć zorganizowanych, koszt karnetów, ani skupiska ludzi tam przebywających. Kiedyś chodziłam na siłownie, była mała, grupy kameralne, miła atmosfera. 

Teraz wszystkie siłownie są ogromne, a ja nie czuję już tego klimatu. Źle się też czuję, gdy maszyny są bardzo ciasno siebie ulokowane, bo co za przyjemność biec na bieżni i spoglądać na czyjś tyłek przed sobą, przy czym kolejna osoba ma mnie przed swoimi oczami. Czuję się jak chomik w kołowrotku. W takich miejscach czuję się źle, też dlatego, że często jest tam wyścig markowych ubrań, silikonowych biustów, napompowanych ust, twarzy pełnych makijaży. Może się mylę... 

Jak często ćwiczę i ile czasu? 
Praktykuję jogę 2 x w tygodniu (wtorek i czwartek) na zajęciach zorganizowanych o godz. 20, które trwają po 1,5 h. Co daje mi 3 h tygodniowo. To była główna aktywność fizyczna, której się poświęcałam jesienią i zimą. Nawet jak mi się nie chciało, bo nie zawsze mi się chce, wiedziałam, że po, będę wdzięczna za poświęcony sobie czas. 

Co więcej, gdy mam czas udaję się na samotny spacer po okolicznych lasach, czasami jest to pół godziny czasami godzina. Moje samotne spacery są bardzo energiczne i przebywam więcej km w określonym czasie niż z kimś. Lubię też spacery w towarzystwie przyjaciółki lub męża, wtedy najchętniej spaceruję po Gdyńskim skwerze, bulwarze, albo wybieramy się do Sopotu. Wtedy chłonę piękno natury, czerpię przyjemność z tu i teraz i z możliwości bycia razem. Chciałabym, by spacery na stałe wpisały się w mój plan dnia, lecz nie zawsze starcza czasu. Staram się jednak tam, gdzie mogę po zakupy spożywcze iść pieszo, zamiast jechać samochodem. 

Mijam niejednokrotnie outdoor gym, czyli siłownie zewnętrzne. Niestety bardzo rzadko zatrzymuję się przy nich, by poćwiczyć. Przyczyny są trzy. Pierwsza - nie chcę przerywać biegu. Druga - gdy jestem na spacerze, boję się, że zabraknie mi czasu na powrót do domu. Trzecia - zrobiłam sobie kilkakrotnie na nich krzywdę. Niestety na takiej siłowni jedynym obciążeniem jest ciężar naszego ciała. Sprzęty są dosyć masywne, metalowe? Część z ćwiczeń nie jestem w stanie wykonać prawidłowo, szczególnie tych na ręce/barki, bo mój ciężar jest zbyt duży. Natomiast ćwiczenia na nogi, są dla mnie za lekkie? I przykładowo pedałując na jednym z urządzeń, wysunęła mi się stopa i uderzyłam się metalowym podnóżkiem w piszczel. Co koszmarnie boli! Obserwuję jednak wiele osób korzystających z tych urządzeń. Myślę, że tak jak z każdym sportem, systematycznie powtarzane ćwiczenia mogą przynieść wymierne korzyści. Wystarczy z biegiem czasu zwiększać ilość powtórzeń/ czasu na maszynie, jeżeli nie mamy możliwości zwiększenia obciążenia. 

Gdy nie mam czasu na spacer, a czuję, że chcę zrobić coś więcej dla siebie, kręcę hula hop ok. 10-20 minut. Wykonuję przysiady, brzuszki czy po prostu spinam mięśnie pośladków podczas zwykłych czynności jak gotowanie, spinam się na palcach stóp, gdy stoję. Napinam mięśnie brzucha podczas chodzenia, prostuję plecy. Nie są to jakieś spektakularne ćwiczenia, ale zawsze coś. 

Efekty
To zapewne interesuje Cię najbardziej! Ponieważ na jodze ćwiczymy w kameralnym i raczej stałym gronie do 10 osób, instruktorka ma wystarczająco czasu, by skorygować każdego błędy, pomóc poprawnie wykonać daną pozycję. Możemy też dostosować tempo do uczestników. Większość praktykę zaczęła w październiku 2016, więc wspólnie przechodzimy od grupy początkującej do bardziej zaawansowanej. Przez całe zajęcia wykonujemy różne pozycje, które mają ułatwić wykonanie tej bardziej skomplikowanej, którą wykonujemy na koniec, przed savasaną (pozycją trupa). Dzięki zajęciom zorganizowanym, zamiast w zaciszu domowym, zdecydowanie polepszyłam technikę i poczyniłam ogromne postępy. 

Mój pies z głową w dół jest już o niebo lepszy niż na początku. Czasami wystarczą delikatne sugestie ze strony instruktorki, porady jak otworzyć bardziej klatkę piersiową, "położyć" brzuch na udach itd. Przygotowałam specjalnie do tego postu zdjęcia, nie są w żadnym wypadku zdjęciami instruktażowymi, nie są idealne, ale mają urozmaicić dzisiejszy post i być może jeszcze w przyszłości być punktem odniesienia do tego, co było, a co będzie. Nauczyłam się robić mostek, czego jeszcze kilka miesięcy temu nie potrafiłam. Stoję na głowie! Czego nie robiłam nigdy wcześniej w życiu! Bo się bałam. Dzięki Marzenie wiem jak stopniowo wchodzić w pozycję i wychodzić, by była ona bezpieczna i z korzyścią dla ciała. Jestem bardziej rozciągnięta. 
Nauczyłam się nie oceniać i nie porównywać z innymi. Każdy z nas ma inne predyspozycje. Ja mam większą ruchomość w biodrach i pozycja gołębia jest dla mnie przyjemna. Mam też bardzo dobrą stabilizację, równowagę i w drzewie mogę już nawet stać z zamkniętymi oczami. Natomiast wszelkie skłony, gdzie brzuch ma leżeć na udach, stanowią dla mnie wyzwanie. Mam też ograniczenia w prawym stawie barkowym. Wierzę i widzę już, że regularne ćwiczenia pomagają mi osiągnąć większą sprawność. 

Wtrącę tutaj, że moja teściowa w wieku 66 lat uczęszcza ze mną na zajęcia jogi. Ona również poczyniła od października spore postępy i mocno jej kibicuję! Jak widać, joga nie ma ograniczeń wiekowych, ważne, by jedynie trafić do odpowiedniej grupy (jeżeli chodzi o poziom zaawansowania) oraz instruktorkę, która będzie miała indywidualne podejście do uczestników. Ćwiczyć we własnym tempie.

Niestety nie udało mi się utrzymać mojej wagi 60 kg. Aktualnie waga wskazuje 63,7 kg/ przy 163 cm wysokości. Aczkolwiek noszę w dalszym ciągu ten sam rozmiar i model spodni co wcześniej (kupiłam nowe 3 tyg.temu). Mam świadomość, że mięśnie ważą więcej niż tłuszcz, a zajmują mniej miejsca objętościowo. Jednak przybyło mi po 2 cm tu i tam. Nie przejmuję się tym jakoś szczególnie, bo i tak wyglądam dużo lepiej niż przed rozpoczęciem leczenia tarczycy (nosiłam spodnie o 2 rozmiary większe). Mój brzuch w dalszym ciągu jest płaski, chociaż bez zarysowanych mięśni. Podobam się sobie i akceptuję siebie taką, jaka jestem. Jeszcze nigdy wcześniej nie miałam takiego komfortu psychicznego jak teraz. Wydaje mi się, że do pewnych spraw po prostu się dojrzewa. Lekarz endokrynolog proponuje, bym jednak postarała się wrócić do wagi 60 kg. Bo przy niedoczynności tyje się łatwiej, chudnie trudniej. 

Co dalej?
Zamierzam kontynuować praktykowanie jogi, ponieważ wciąż widzę efekty fizycznie, ale i psychicznie czuję się lepiej. Na okres wakacji niestety w szkole jest przerwa, lecz wtedy chętnie poćwiczę w domu. Niedawno odkryłam kanał Małgorzaty Mostowskiej na youtube i nawet zrobiłam już pierwszy trening na dobry początek dnia. 

Z racji tych kilku nadprogramowych kilogramów i z powiewem wiosny (odkąd świeci słońce, chce mi się więcej!) wróciłam do treningów z Ewą Chodakowską. Robiłam w ubiegłym roku miesięczne wyzwanie i moje uda, pośladki i brzuch pięknie w tym czasie wysmuklały. Na początek wybrałam skalpel, ponieważ jest najbardziej hm jakby to określić - statyczny? I chyba najprostszy z treningów Ewy Chodakowskiej. Mam zamiar przez miesiąc ćwiczyć 2 lub nawet 3 razy w tyg. Jeden tydzień mam już za sobą! Powroty zawsze są trudne, lecz z kolejnym treningiem jest coraz łatwiej. Zdam Wam relację po upływie miesiąca. 

Jeżeli chodzi o skalpel, to nie znoszę 18-20 minuty treningu. Gdy leży się na plecach, ze zgiętymi nogami w kolanie, uniesioną pupą i na zmianę unosi się i opuszcza nogę. Zamiast raz ćwiczyć na jedną nogę, następnie na drugą, to wykonuję po 4 powtórzenia jedną, 4 powtórzenia drugą itd. Aż do końca tego ćwiczenia. Równie nieprzyjemne są dla mnie kółka stopą, gdy leży się bokiem na macie z uniesiona jedną nogą w 21 minucie treningu. Wykonuję je, ale czasami robię sobie na sekundę przerwę. 

Być może później wprowadzę inne treningi, na razie nie mam ochoty na nic bardziej energicznego, jakieś podskoki itd. Wrócę też z przyjemnością do biegania, jazdy na rowerze. Na razie nie obmyślam w tym zakresie konkretnego planu działania. Tak jak będzie mi podpowiadać ciało. Jeżeli będę chciała ćwiczyć codziennie lub co dwa dni to będę to robić. Jeżeli będę potrzebować dłuższej przerwy, taką zrobię. 

Od siebie mogę również polecić treningi z Natalią Gacką, wykonywałam kiedyś jej trening brzucha oraz trening na ramiona. Ogromnym sentymentem darzę również treningi z instruktorem Shaun T, widzę, że ma całkiem sporo filmów na youtube i być może jego energia przemówi do Ciebie bardziej niż osobowość Ewy Chodakowskiej. Zainteresowała mnie również osoba Fit Mom - Ania Dziedzic jak sama nazwa mówi, pokazuje zestaw ćwiczeń dla kobiet po ciąży. Uwzględniając rozejście kresy białej mięśni prostych brzucha. A nawet treningi wraz ze swoim partnerem. 

A na zakończenie pokażę jak w kilka sekund optycznie wysmuklić ciało. Wystarczą wysokie obcasy, inna pozycja, a nawet inne ułożenie tych samych spodenek, by wyglądać szczuplej. Bez Photoshopa! Dlatego weź poprawkę na to co pokazują Ci media. 


Przede wszystkim pamiętaj, że każdy z nas jest inny, ma inne możliwości, tempo chudnięcia/tycia czy budowania masy mięśniowej. Nie porównuj się, rób swoje, dla siebie! A dopiero w drugiej kolejności dla dzieci, partnera czy koleżanki...

A Ty jaką formę aktywności fizycznej wybierasz? Jak często ćwiczysz? Zastanawiałaś/łeś się, dlaczego to robisz? Czekam na Twój komentarz. 

20 mar 2017

Ulubione okrycia wierzchnie cz.2 (ostatnia)

szafa minimalistki

W ubiegłym tygodniu pokazałam płaszcz, który służy mi w okresie jesieni i zimy. Chociaż bardzo go lubię, marze już o odwieszeniu go do szafy i odzianie się w skórzaną kurtkę. W końcu już jutro kalendarzowa wiosna. Niestety pogoda nad morzem jeszcze nas nie rozpieszcza, ale nie ma się co dziwić, pamiętam doskonale jak dwa lata temu, tego dnia padał śnieg. 

Bardzo się cieszę, że tak ciepło przyjęliście moją "sesję" zdjęciową i szczerze zachęcacie mnie do kolejnych prób przed obiektywem. Zdjęcia, które dziś prezentuję, były zrobione tego samego dnia co zdjęcia płaszcza. Stwierdziłam, że tak wiele wyszło interesujących, że podzielę post na dwa. Poza tym rozpisałam się o swoim wyborze płaszcza, kryteriach, jakimi się kierowałam podczas zakupów. To tym razem opowiem więcej na temat kurtki. 

Kurtkę, którą mam na sobie zakupiłam na jesień 2014 roku w Pull&Bear. Wtedy jeszcze nie notowałam tak skrupulatnie swoich wydatków, jak teraz. Mimo to pamiętam cenę 399 zł, ponownie na ten czas była to dla mnie cena do zaakceptowania, a wydatek z góry został zaplanowany, więc nie nadwyrężył mojego budżetu.

Kurtka jest ze skóry naturalnej, na czym bardzo mi zależało, ponieważ miałam dosyć bylejakości eko skór, które szybko wycierały się na ramionach od noszenia torebki, albo w okolicach kieszeni. Przy czym te eko skóry ceną dościgały naturalne. Oczywiście moja kurtka nie jest z najwyższej jakości skóry, takie kosztują już w okolicy tysiąca. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że noszę ją kolejny rok z rzędu i zamierzam dalej, to jestem z niej zadowolona. Wewnątrz podszewka jest bawełniana.

Odkąd interesuję się weganizmem, to moja świadomość dotycząca chowu zwierząt wzrosła. Nie chcę poruszać tutaj tego tematu, jest wiele źródeł w internecie, gdzie można zgłębić tę wiedzę. Nie chcę nikogo na siłę uświadamiać. Żywię się w ten sposób od ponad roku, choć w dalszym ciągu nie idealnie. Jem jajka i ryby od czasu do czasu. Wybrałam tę dietę, a nie inną ze względów zdrowotnych, czy słusznie będę mogła ocenić za kilka, a może kilkanaście lat. Kiedyś nie wyobrażałam sobie, że nie będę jadła większości mięsa. A jednak. 

Każdą zmianę w swoim życiu wprowadzam stopniowo, nie lubię gwałtownych, nieprzemyślanych decyzji. Nie lubię zakazów, bo zakazany owoc najbardziej kusi. Po części się tłumaczę przed Tobą, czytelnikami. Chociaż uważam, że każdy ma swój rozum. A ja dzisiaj po prostu nie potrafię/ nie chcę zrezygnować ze skórzanej kurtki, butów czy torebki. To dla mnie najtrwalsze, dopasowujące się do ciała użytkownika tworzywo. Nawet jak się starzeje, to w ładny sposób. A zależy mi na ubraniach trwałych, takich, których nie będę musiała wymieniać co sezon. Chciałabym, byś moje zdanie uszanował/a. Tak jak ja, szanuję Twoje. 
skórzana kurtka

W tym wypadku wybrałam kolor czarny, by kurtka pasowała do butów i torebek, które noszę. Nie mówię, że brąz jest brzydki, po prostu niepasujący do mojej aktualnej garderoby. Odkąd pilnuję, by była kolorystycznie spójna, dużo łatwiej komponuje mi się codzienne zestawy. Elementy ozdobne, takie jak zamki są akurat srebrne, zauważyłam, że złote występują zdecydowanie rzadziej. Chociaż biżuterię noszą w odcieniach złota w postaci kolczyków czy obrączki, jednak jest na tyle delikatna, że mi to nie przeszkadza.

Krój kurtki to popularna ramoneska. Ponownie mierzyłam kilkanaście różnych kurtek, by wybrać tą, w której wyglądam najkorzystniej. Nie za obszerną, nie za ciasną. Akurat do tych zdjęć mam pod spodem sweter oversieze, więc może wyglądać "ciasno". Na ogół jednak noszę kurtkę rozpiętą. I od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Na sweter, czy bluzkę, a nawet sukienkę dzienną czy wieczorową (co chętnie kiedyś pokażę). Jeżeli chodzi o dodatki, to tak jak w poprzednim wpisie, te same szaliki noszę do tej kurtki, a nawet w razie czego czapkę.

Kurtka skórzana pasuje do większości jak nie do wszystkich ubrań w mojej szafie. Wyparła praktycznie z mojej garderoby żakiety, w których ciągle jakiś element mi nie grał tak na 100%. A to za krótki, a to za długi. Kolor nie taki, czy materiał za gruby, za cienki. Kurtka ma kieszenie, dzięki czemu jest praktyczniejsza, mogę do nich na szybko wrzucić kluczyki od mieszkania czy samochodu, oraz telefon. Chociaż staram się jakoś za bardzo nie wypychać kieszeni, bo skóra ma to do siebie, że będzie się nieco z czasem rozciągać. A wystarczy już, że lubię trzymać ręce w kieszeni. I w razie czego, nie zmoknę, gdyby padał deszcz!

Oczywiście dzisiejszy wpis to tylko praktyczne zastosowanie mojej garderoby idealnej. W żadnym wypadku skórzana kurtka nie jest obowiązkowym elementem dla innych. Nie uznaję czegoś takiego jak must-have, o czym już pisałam tutaj. Każdy z nas jest inny, co widać doskonale na poniższym zdjęciu, z moją siostrą, która pomagała mi przy zdjęciach. I ta różnorodność jest najfajniejsza.

Budowanie garderoby idealnej, ma być przede wszystkim frajdą i okazją do poznania samego siebie. Zanim ruszysz na zakupy, przeanalizuj swoje poprzednie wybory, ułóż zestawy, zrób zdjęcia! To bardzo pomaga spojrzeć na siebie z innej perspektywy. Zobaczyć ewentualne mankamenty stroju lub to jak świetnie wygląda się w tym czy tamtym.
To jak, masz już swoją ulubioną kurtkę na wiosnę-lato? 

13 mar 2017

Ulubione okrycia wierzchnie cz.1.

szary prosty płaszcz
Pod postem podsumowującym zakupy ubraniowe ubiegłego roku, padła propozycja bym pokazała swoje okrycia wierzchnie. Rozumiem, że chodzi głównie o płaszcze, kurtki, które noszę. I pomyślałam, że czemu by nie. To będzie świetne uzupełnienie prezentacji mojej garderoby idealnej oraz minimalistycznego podejścia do tej strefy życia. Albowiem moje ulubione okrycia wierzchnie to zaledwie dwie sztuki: płaszcz, który pokażę w dzisiejszym wpisie oraz kurtka skórzana, o której będzie w kolejnym. 

Żeby nie było nudno, zdjęcia do tego postu celowo odbyły się w plenerze. A ja odkryłam, że jest to dla mnie zajęcie wymagające wyjścia spoza strefy komfortu. Robienie i pozowanie do zdjęć w miejscu publicznym, gdzie spacerują ludzie i chcąc nie chcąc spoglądają w moją stronę, jest dla mnie krępujące. Pierwotny plan był, aby zdjęcia zrobić na molo w Gdyni Orłowie, ale spanikowałam i udałyśmy się w nieco bardziej ustronne miejsce. 

Na ogół zdjęcia swojej sylwetki prezentujące ubrania robiłam po prostu z pomocą samowyzwalacza. W plenerze nie wiedząc czego się spodziewać, poprosiłam o pomoc siostrę. Nie jest ona w żadnym wypadku profesjonalnym fotografem, działałyśmy trochę po omacku, intuicyjnie i metodą prób i błędów. W głowie miałam wielkie wizje, że po kilku minutach złapiemy tę idealną pozycję. W końcu lubię oglądać ładne zdjęcia i wiem jak, chciałabym by, wyglądał poszczególny kadr. Natomiast taka ze mnie drewniana modelka, że wyszło tak, jak wyszło. 

Mam jednak ogromną nadzieję, że taka forma prezentacji będzie dla Ciebie interesująca i wniesie trochę świeżości do mojego blogowania. Na pewno zdobyłam nowe doświadczenie, kusi mnie, by próbować dalej, lecz chyba jak każdy boję się opinii innych, ale co z tego ostatecznie wyjdzie, to się okaże. Kto nie ryzykuje, nie pije szampana? Czy jakoś tak...
jaki płaszcz na zimę

IDEALNY PŁASZCZ?
Z racji, że to ostatnie tygodnie kalendarzowej zimy, zacznę od płaszcza, który w tym okresie namiętnie noszę. Zakupiłam go dokładnie w 2014 roku, czyli właśnie mija 3 sezon zimowy, a on jeszcze nie zdążył mi się znudzić. Z ogromną przyjemnością posłuży mi kolejny rok, ponieważ nie widzę  na nim śladów zniszczenia. 

Wybrałam płaszcz zamiast kurtki, bo  jest bardziej uniwersalny i w razie potrzeby ubiorę go zarówno do spodni, jak i do spódnicy, sukienki. Chociaż noszę je w okresie jesienno-zimowym rzadziej, bo nie lubię rajstop, to przecież może nadarzyć się taka okazja czy konieczność. 

Poprzednik był czarny, tym razem koniecznie szukałam szarego płaszcza. Dlaczego? Noszę czarne buty (z wyjątkiem sandałów i trampek latem) oraz torebki. Zimą moja cera jest bardzo jasna, a ja noszę mniej ubrań w jasnych barwach, bo jakoś mi do zimy nie pasują. Zima (bezśnieżna) sama w sobie jest już ponura, więc nie chciałam wyglądać jak w wiecznej żałobie. 

Nie wiedziałam jakiego kroju dokładnie poszukuję, decyzję podjęłam po przymierzeniu co najmniej 10-12 płaszczy. Notując w głowie, co mi się podoba, a co nie w danym modelu. Robiąc sobie zdjęcia smartfonem w przymierzalni, by móc je później szybko porównać. Od kilku lat obserwuję, że moda jest wyjątkowo łaskawa, jest tak ogromna różnorodność krojów i stylów, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Kluczem do sukcesu, dobrego wyglądu jest po prostu poznanie swoich preferencji i tego, w czym nasza sylwetka wygląda korzystnie. 

Mam 163 cm wzrostu, z reguły z wygody chodzę na płaskim obuwiu. Nie mam problemu ze swoim wzrostem, przy moich długich nogach i tak optycznie większość osób uznaje mnie za wysoką. Wybrałam prosty krój płaszcza do połowy uda, lubię tę długość również przy sukienkach, spódnicach. Uważam, że mnie nie skraca, ani dodatkowo nie poszerza.

Bardzo podobają mi się jego detale takie jak: wysoki kołnierz, który zapinam do samego końca, gdy jest bardzo zimno. Ma dwie pojemne kieszenie, w których najczęściej noszę kluczę, telefon, pomadkę do ust i dłonie! Płaszcz ma bardzo ładnie szwy, żadnych sterczących nitek, okręcania się po takim czasie użytkowania, prucia.

Widoczny zamek po boku to dodatkowa pionowa linia wydłużająca sylwetkę. Zamek przełamuje elegancki styl płaszcza, dzięki czemu pasuje również, gdy ubieram go do legginsów treningowych i sportowego obuwia w drodze na jogę, czy szybki marsz po okolicznym lesie. Możliwość rozpinania od dołu i od góry ułatwia mi wsiadanie do samochodu, swobodę prowadzenia. Jest to jedyna ozdoba płaszcza, a zdążyłam się już nauczyć, że im mniej udziwnień, tym lepiej.

Oczywiście istotny był dla mnie skład płaszcza, aby zawierał wełnę. Płaszcz ma być ciepły, ale jednocześnie nie chcę czuć się w nim jak w foliowym worku. Ten, który kupiłam ma 40% wełny, 55% poliestru i 5% bawełny. Jedyne zastrzeżenie mogę mieć do poliestrowej podszewki, ale w większości noszę ubrania naturalne, więc nie odczuwam dyskomfortu. Jest mi wystarczająco w nim ciepło, a noszę pod spodem top lub bluzkę z krótkim, lub 3/4 rękawkiem + sweter/ bluzę.

Również ważna była dla mnie cena do 400 zł, w tamtym czasie i właściwie w obecnym, jest dla mnie akceptowalna, jeżeli chodzi o płaszcz, aby nie nadwyrężyć budżetu domowego. Oczywiście dla każdego te widełki cenowe mogą być różne, kieruj się tym, ile Ty jesteś w stanie zapłacić za jedną rzecz. Ten kosztował 299 zł i o dziwo znalazłam go w sklepie New Yorker, czego akurat się nie spodziewałam.

Warto szukać w różnych miejscach i wybrać taki, który spełni wszystkie nasze oczekiwania. A posłuży nam przez kilka lat i będzie wciąż sprawiał radość.


DODATKI

Szalik/komin szaro-czarny Reserved kojarzący się z zebrą kupiłam w tym samym czasie co płaszcz, za ok. 40 zł. Też ma domieszkę wełny w składzie, ale nie pamiętam ile, a metkę dawno wycięłam. Jest gruby jak koc. W zależności jak go założę, to jest bardziej czarny lub bardziej szary. Podoba mi się. Zauważyłam pewną tendencję w swoich strojach, lubię wzory przy twarzy, unikam ich w okolicach bioder. Szarą czapkę H&M za niecałe 20 zł. Widać na nich już ślady użytkowania, szalik pewnie wystarczy ogolić z kulek i jeszcze go ponoszę, czapkę może poszukam nową jesienią. Aczkolwiek skłaniam się ku podobnemu prostemu krojowi.

Granatowy szal Massimo Dutti to ostatni zakup w 2015 roku. Kosztował 199 zł i jest w 100% z wełny. Nie zawiodłam się na nim, noszę go prawie cały rok. Trochę spowodował, że ten grubszy szal szaro-czarny poszedł w odstawkę i nawet przez moment zastanawiałam się, czy się go nie pozbyć. Ostatecznie stwierdziłam, że dwa szale to przecież nie jest dużo i idealnie wzajemnie się uzupełniają.

Zapomniałam o rękawiczkach, ale oby dwie pary, które posiadam, zostawiłam w samochodzie. Zwykłe czarne skórzane, które nie pamiętam, ile mają już lat, na pewno jeszcze więcej niż płaszcz, szalik i czapka. Nie były drogie ok. 20-30 zł, kupione chyba w jakimś markecie, a wciąż spełniają swoją funkcję doskonale. Zajmują mało miejsca. I to z nich najczęściej korzystam, dlatego rozważam w przyszłości ponowny zakup, rękawiczek lepszej jakości, a nawet w tym wypadku zaakceptuję wyższą cenę. Druga para to dłuższe, szare dzianinowe, bodajże z Reserved za ok. 40 zł, kupione w tym samym czasie co płaszcz. Które ostatecznie służą mi wyłącznie podczas odśnieżania samochodu, dlatego stale mam je w schowku.


Okazuje się, że pomimo mojej drętwości przed obiektywem, miałam w czym wybierać do dzisiejszego wpisu. Nie przedłużając, bo tworzę ostatnio same tasiemce, zapraszam Cię na kolejny post, w którym zaprezentuję drugie ulubione okrycie wierzchnie, mianowicie kurtkę. To już pewne, że post pojawi się w kolejny poniedziałek o godz. 18.

Tymczasem jestem ciekawa, jakie kryteria musi spełniać Twój płaszcz/zimowa kurtka? Czy zastanawiałaś/łeś  się nad tym przed zakupem? I czy masz swoje ulubione okrycia wierzchnie? Oraz dodatki.