21.08.2016

Buty | Płatna reklamacja?


Pamiętasz mój post Ile par butów posiadasz? | A ile rzeczywiście potrzebujesz? opublikowałam go 9 miesięcy temu. Od tamtej pory nastąpiły małe roszady, pozbyłam się butów na koturnie tzw. sneakersów. Ostatecznie najczęściej przemieszczam się samochodem, a w tego typu obuwiu nie umiem prowadzić, więc miałam je bardzo rzadko na nogach. W grę nie wchodziło zmienianie obuwia do prowadzenia autem, bo ten środek komunikacji wybieram po to, by było szybciej, szkoda marnować czas na przebieranie. Na ich miejsce wskoczyły, tak jak już wtedy przypuszczałam trampki. 

Miały być wszystkim dobrze znane conversy. Ale w dalszym ciągu nie mogę zaakceptować tej wysokiej ceny jak za buty materiałowe, które szybko się brudzą i chcę wrzucić do pralki nie martwiąc się o to, że je zniszczę. Model, który najbardziej mi się podoba nie występuje na wyprzedażach, nawet jeśli, to nie w moim rozmiarze (38-39). Jest wiele zwolenników i tyle samo przeciwników. Więc kierując się tym co serce/rozum mi podpowiadał, kupiłam trampki w Lidl'u za 40 zł. Są całe białe, tak jak chciałam, stopa wygląda w nich zgrabnie i podeszwa jest odpowiedniej grubości. Nie bolą mnie w nich ani palce, ani pięty, ani śródstopie.

Wygoda jest dla mnie bardzo, bardzo ważna, mam płaskostopie poprzeczne. Nie to klasyczne, mam wgłębienie po wewnętrznej stronie stopy. Defekt polega jednak na tym, że kości śródstopia (poniżej palców) nieprawidłowo się układają i ciężar ciała opiera się nie tam gdzie powinien. <Ta grafika> dobrze to zobrazuje. Na dodatek jakieś 3 lata temu miałam złamaną stopę a dokładnie jej V kość śródstopia, co jeszcze czasami mi dokucza, przy zmianach pogody. 

Trampki mam jakieś 3,5 miesiąca, od tej pory noszę je regularnie. Na zmianę z obuwiem zakupionym w ubiegłym roku: balerinami Ryłko oraz sandałkami Mel by Melissa. Wiadomo, wiosna - lato. Sandały z racji, że lato w Polsce jest kapryśne - spadają na 3 miejsce na podium. Baleriny zdecydowanie zajmują miejsce pierwsze, stąd też motywacja do napisania dzisiejszego postu. Nosiłam je w ubiegłym roku całe wakacje, a nawet późną jesień. Tego roku wiosnę, lato i planuję dalej...
Sandały Mel by Melissa

Niestety, gdy pewnego dnia zobaczyłam zdartą lakierowaną powierzchnię w prawym bucie załamałam się! To były najwygodniejsze buty jakie miałam i pasujące do 80% ubrań w mojej szafie, wykluczając te typowo sportowe. Nie wiem kiedy to się stało, zauważyłam to właśnie wychodząc z samochodu, myśląc, że but jest zabrudzony. Podejrzewam, że po części do tego mogło przyczynić się to, że w tegoroczny wyjazd wakacyjny, jednego dnia mocno mi to obuwie przemokło. Muszę w tym miejscu podkreślić, że podeszwa po takim czasie użytkowania jest praktycznie nienaruszona!

Buty nie były tanie. Szybko zerknęłam na regulamin reklamacji, uszkodzenie części lakierowanej nie podlega reklamacji. Ale nie zaszkodziło spytać w sklepie stacjonarnym, w którym obuwie zakupiłam. Pani poinformowała mnie o możliwości płatnej reklamacji - czyli po prostu naprawy przez markę obuwia na mój koszt. Zapewniła mnie również, że cena nie będzie wysoka, ale nie umiała w danym momencie określić ile dokładnie taka usługa będzie mnie kosztować. Czas realizacji 14 dni, ale może być też dłużej. Zgodziłam się.

W piątek do moich drzwi zapukał kurier. Miał moje nowe - stare buty. Lakierowana skóra została wymieniona. A nawet ku mojemu zdziwieniu wymieniono skórzane wkładki wewnątrz buta (mówiłam, że lubię chodzić w każdym obuwiu bez skarpetek?), czego nie zaznaczałyśmy w formularzu reklamacyjnym. Wyglądają jak nowe! Koszt tej usługi to dla mnie kolejne pozytywne zaskoczenie, jedynie 40 zł, dostawa gratis! Myślę, że w tej cenie nie udałoby mi się naprawić tych butów u innego szewca, a nawet nie wiem czy znalazłabym takiego, który podjął by się tego zadania. Takim sposobem marka Ryłko zyskuje w moich oczach. Wiem, że kupując u nich dostaję buty wygodne, dopasowane do mojej wymagającej stopy. Dobrej jakości, a w razie potrzeby mogę oddać do małej renowacji w nierujnującej mojego budżetu cenie. Takim też sposobem baleriny posłużą mi kolejny sezon 2017.
Ryłko płatna reklamacjareklamacja ryłkoWracając do reszty mojego obuwia, w dalszym ciągu nie widzę zastosowania dla czółenek na obcasie. Pisałam o tym dylemacie tutaj: Mast-have | Musisz, czy nie musisz to mieć? Nie pasują po prostu do mojego trybu życia. Owszem jak już są w tej szafie to z obowiązku ubieram je raz ja jakiś czas, ale na pewno nie częściej niż raz na dwa czy trzy miesiące. W przyszłym roku co prawda czekają nas (już zapowiedziane) dwa wesela, będą jak znalazł. Ale tak jak pisałam w poście podlinkowanym wyżej, nie miałabym oporów na taką okazję pójść w balerinach. Eh, mówiłam już, że nie lubię wesel?

Sztyblety to hit jesieni, bezśnieżnej zimy i wczesnej wiosny. Buty zimowe Ecco spisują się na medal, który to już będzie sezon? 5 czy 6, gubię się w tych obliczenia. Botki na obcasie- słupku lubię, są bardziej eleganckie niż moje zimowe kozaki. I świetnie prezentują się z sukienkami, które noszę przez cały rok, oraz kurtką skórzaną, moimi torebkami i idealnie definiują mój styl. Buty do biegania pomimo, że mam dwie pary, używam naprzemiennie, regularnie. Może tylko klapki są paskudne i mi się nie podobają, ale zdecydowanie niezbędne. Tak długo jak się nie rozpadną i spełniają swoją funkcję, do noszenia "po domu" oraz na wyjazdach pod prysznicem będą w szafie.

To chyba na tyle moich przemyśleń. Zadowolona jestem, że udało mi się buty w korzystnej cenie zreperować, oraz z dotychczasowego stanu posiadania. Gdyby coś się miało w przyszłości zmienić, to dam znać, ale prędzej pozbędę się jakiejś pary niż przybędzie nowych. Ewentualnie zamiana starych na nowe, gdyby już naprawa nie była możliwa lub niekorzystna finansowo.

Jeśli masz chwilę odpowiedź w komentarzu na pytania:  Naprawiasz obuwie czy kupujesz nowe? Jak podoba Ci się podejście marki Ryłko do klienta? Skorzystał/abyś z możliwości płatnej reklamacji, gdyby inne firmy taką proponowały? 

19.08.2016

Ekologiczny dom | Kule piorące.


Jak już wspominałam kilkakrotnie na blogu, ekologia jest dla mnie bardzo ważna. Staram się dbać o środowisko na tyle, na ile nie sprawia mi to problemu i nie wymaga ode mnie dużo większych nakładów czasu czy funduszy. Stopniowo wprowadzałam w swoje życie zmiany, bo nie lubię  tych drastycznych i ograniczeń z obawy, że nie podołam temu wszystkiemu naraz. Część nawyków wyniosłam już z rodzinnego domu np. segregację śmieci: makulatury i plastików. Więc, gdy w moim mieście wprowadzono obowiązek segregacji, nie sprawiło to dla mnie problemu, tylko dokupiłam kolejny pojemnik na szkło i metale. A nawet rozważam zakup kompostownika. 

Z racji nasilających się alergii skórnych stopniowo zamieniałam kosmetyki na te o naturalnych składach, gdy kończyło się to co do tej pory stosowałam. Chemię domową zamieniłam na łagodniejszą, pierwotnie dalej zaopatrywałam się w sklepach stacjonarnych, wybierając np. markę Frosch. Przyglądając się ile produkuje śmieci podczas dbania o higienę swojego ciała jak i domu, postanowiłam i w tej kwestii wprowadzić kilka zmian. Uprościłam mycie podłóg i łazienek do octu, sody oczyszczonej, boraksu, płatków mydlanych i olejków eterycznych. Bawełniane płatki kosmetyczne, wkładki higieniczne czy tampony zastąpiłam produktami wielorazowymi. O czym pisałam już wcześniej na blogu i podsyłam linki poniżej:

Wszystkie te wielorazowe produkty są przeze mnie w dalszym użytku, a minęło już sporo czasu i jestem z ich zakupu bardzo zadowolona. Temat płatków kosmetycznych uważam za wyczerpany, wspominałam o nich w aktualnej pielęgnacji twarzy. Za to do wkładek higienicznych i kubeczka menstruacyjnego powinnam powrócić i napisać jeszcze kilka zdań, być może dzięki temu przekonam kolejne osoby do ich stosowania. Więc jeśli masz jakieś pytania, to możesz zadać je w komentarzu, a ja na pewno odpowiem najwcześniej jak to możliwe. 

O kulach do prania słyszałam pierwszy raz co najmniej dwa lata temu. Myślałam o ich zakupie intensywnie, ale zawsze były jakieś inne wydatki i inne (tańsze, skuteczne) środki piorące dostępne od ręki w każdym supermarkecie, osiedlowym sklepiku itd. Nie bez powodu wspominam o produktach wielorazowych bo to dzięki temu, że postanowiłam podzielić się na blogu swoimi odczuciami zostałam zauważona przez firmę, od której te produkty zakupiłam. Zaproponowano mi współpracę, dzięki której mogłam otrzymać produkt jaki chcę z oferty ich sklepu na własny użytek.
Oraz stały rabat dla moich czytelników w wysokości 5% obejmujący całe zakupy w sklepie drogeria-ekologiczna na hasło:  PiM 
W ten oto sposób trafiły do mnie kule piorące Ecozone mające wystarczyć na 1000 prań. Nie miałam obowiązku informowania czytelników o otrzymaniu produktu, ani nie zostałam zobowiązana do napisania recenzji. Ale skoro używam kuli od ponad 5 miesięcy i jestem z nich bardzo zadowolona, to niegrzecznie byłoby z mojej strony trzymać to w tajemnicy. Dobre produkty warto polecać dalej! 

Kul piorących Ecozone jest 3 szt. w opakowaniu, które wykorzystuje się jednocześnie do  jednego prania. Po praniu należy kule wyciągnąć z bębna pralki, osuszyć i można używać ponownie. Według mojej częstotliwości prania ubrań dwuosobowej rodziny (2-3 razy w tygodniu) powinny wystarczyć mi na ok. 6 lat! Po upływie tego czasu można zakupić granulki uzupełniające w niższej cenie<tutaj> i wymienić dosypać do Ecoballs nowych, pozostawiając w środku te co zostały (nie generujemy śmieci), kule znowu będą zdatne do użytku. Co z pewnością rekompensuje wysoki jednorazowy wydatek. I pozwala oszczędzić nie tylko środowisko, ale również pieniądze na przestrzeni kolejnych miesięcy użytkowania. Kule w środku zawierają granulki, które mają wniknąć wgłąb włókien materiałów, oczyścić z brudu, nie niszcząc delikatnych tkanin, kolorów. Zmiękczają ubrania (czego nie mogłam powiedzieć o orzechach piorących z którymi miałam krótki epizod) nawet w twardej wodzie, więc nie ma potrzeby stosowania płynów do płukania. Są idealne dla delikatnej skóry. 

INCI: Calcium Carbonate, Sodium Carbonate, Sodium Alpha Olefin Sulphonate, Laureth-9, Epoxy Resin, Polyamide Resin, Sodium Citrate, Sodium Metasilicate, Cellulose, Iron Oxide Yellow, Iron Oxide Red, Aqua.

Najwięcej obaw co do stosowania kuli piorących miał mój małżonek. Czy pranie się dopierze? No i przecież nie będzie pachnieć, bo kule piorące nie zawierają związków zapachowych. Pranie dopiera się bez żadnych problemów, czy to białe, kolorowe czy ciemne. Na ciemnych ubraniach skończył się problem zacieków z proszku czy płynu do płukania. Na jasnych natomiast zaobserwowałam, że nawet ślady po antyperspirancie/pocie pod pachami wyblakły. Do kul piorących dodana jest mała tubka odplamiacza, który stosuję od czasu do czasu na bardziej zabrudzone ubrania przykładowo plamy z owoców, czy te które powstały podczas gotowania/jedzenia. Nigdy nie ubieram fartuszka do gotowania, a często jem tak niezdarnie, że coś mi skapnie. Co do zapachu, używam do prania kilka kropli olejku eterycznego np. z drzewa herbacianego, który ma dodatkowe właściwości antybakteryjne. Zapach roznosi się podczas prania już w całej łazience. Czasami dodaję olejek eteryczny również do wody do prasowania, by umilić sobie tą czynność.

W tym miejscu chciałam Ci polecić kule Ecozone, ale aktualnie w drogeria-ekologiczna są niedostępne w sprzedaży. Konsultowałam tą sprawę ze sprzedawcą i bardzo szybko otrzymałam odpowiedź zwrotną. Niestety okazało się, że trafiła się felerna partia i na czas dopóki Ecozone nie poprawi jakości tworzywa z której wykonane są kule, nie będą dostępne. Chodzi głównie o ten plastik-gumę (nie wiem dokładnie z czego są), że się rozklejają. Nie o granulki znajdujące się w środku, co do nich nie było skarg i tak jak piszę, dobrze radzą sobie z praniem. U mnie też jedna kula się rozkleiła, co mi osobiście nie przeszkadzało, związałam sznureczkiem i korzystam z kul dalej, ale zdaję sobie sprawę, że tak nie powinno być i może to być dla niektórych istotną wadą produktu. Tym bardziej podoba mi się profesjonalne podejście przedstawicieli Drogerii, którzy również od lat korzystają z tego środka piorącego. Nic straconego, zawsze można zamówić sobie wkład uzupełniający, granulki wsypać do materiałowego cienkiego woreczka i w ten sposób prać - tak samo postępuje się w przypadku orzechów piorących.

[Produkt nie testowany na zwierzętach, wegański.] 

Na dzisiaj to już wszystko, jeżeli chcesz, abym któryś wątek rozwinęła w kolejnych postach - zostaw komentarz. Podziel się również swoimi sposobami dbania o ekologię, jestem ogromnie ciekawa! 

08.08.2016

Zużyte | Clarins, Organique, Smooth, Tropical Naturals.

Smooth nawilżający krem z zieloną glinką, krem do cery trądzikowej, Dudu-osun czarne mydło Tropical Naturals


Na pewien czas zrezygnowałam z opisywania zużytych kosmetyków, dzisiaj do tego powracam, chociaż nie obiecuję, że ta seria postów powraca na stałe. Wiele ostatnio się działo, wakacyjny wyjazd, adopcja drugiego kota, weekendowe wizyty rodziny, a nawet w minionym tygodniu narodziny córci mojego brata, pierwszej wnuczki moich rodziców! 

Nie dziwcie mi się, że nie mam głowy do pisania, a właściwie do skończenia tego co zaczęłam. Post na temat mojego wakacyjnego wyjazdu, liczy już prawie 2000 słów, a to jeszcze nie wszystko co chciałam napisać. Zaczynam mieć obawy, czy ktokolwiek będzie chciał go czytać? Nie umiem jednak sensownie podzielić go i opublikować w częściach. Dlatego na rozgrzewkę opowiem o tym co się skończyło, by nie pozostawiać głuchej pustki w mojej blogowej przestrzeni, bo bardzo lubię mieć ciągły kontakt z czytelnikami, z Tobą! 

Clarins - instant light lip comfort oil 7 ml. Ten olejek to druga zużyta przeze mnie sztuka, pierwszą miałam okazję kupić na wrześniowym wyjeździe do Szwecji, ponieważ w Polsce dostępność była utrudniona. Natomiast kolejną sztukę (drugą i trzecią), gdy powróciła do sprzedaży w Douglasie w lutym bieżącego roku. I to w promocyjnej cenie 55 zł. Pamiętam dokładnie wszystko, bo w dalszym ciągu notuję, kiedy co i za ile kupiłam, by nie przekroczyć wyznaczonego kosmetycznego budżetu*. Zużyty olejek to właśnie druga sztuka, trzecią sprezentowałam jednej z czytelniczek bloga za pośrednictwem mediów społecznościowych, a dokładnie facebooka, zachęcam do polubienia i bycia na bieżąco <tutaj>. Chciałam podzielić się tym, co bardzo lubię i najlepiej do tej pory sprawdziło się na moich przesuszonych ustach. Wersja malinowa przypadła mi bardziej do gustu niż ta miodowa, pod względem zapachu. Z tego co widziałam, niedawno weszła do sprzedaży kolejna, trzecia wersja: red berry. Tym razem olejek wystarczył na trochę dłużej, miałam go zawsze przy sobie w torebce czy w kieszeni kurtki, by móc posmarować nim usta szczególnie, gdy przebywałam poza domem. W domu sięgałam po Tisane w słoiczku, chociaż nie daje tak mocnego nawilżenia/ukojenia jak comfort oil, to nie lubię, gdy coś się marnuje. Podsumowując bardzo lubię ten olejek oraz inne kosmetyki Clarins, które posiadam, jak fluid BB, rozświetlacz, puder. Ale zmartwiłam się widząc markę Clarins na liście produktów sprzedawanych na rynku chińskim. Gdzie najprawdopodobniej konieczne jest przeprowadzenie testów na zwierzętach.  Jeżeli w tej sprawie orientujesz się lepiej, proszę zostaw komentarz poniżej.
* po podliczeniu półrocza 2016 r. okazuje się, że świetnie mi idzie. Wydaję miesięcznie ok. 177 zł z założonego 200 zł. Kupuję mniej, niż w ubiegłych latach. Jeśli mogę sięgam po kosmetyki o naturalnym składzie, polskim pochodzeniu. A ostatnio również biorę pod uwagę, by nie były testowane na zwierzętach. Do tego budżetu nie wliczam: antyperspirantu, pasty do zębów oraz żelu/mydła do mycia ciała, ponieważ to niezbędne minimum do zachowania higieny. Wszystko co aktualnie posiadam - używam, nie tworzę zapasów.
Organique - pianka do mycia ciała, lawenda z cytryną 200 ml. To już kolejne (4) opakowanie pianki myjącej, miałam tą o zapachu kolonialnym, pomarańczowym, ale to lawenda z cytryną skradła moje serce. Chociaż nie lubię zapachu lawendy w kosmetykach! Tutaj miesza się z cytryną i świetnie odświeża i pobudza podczas porannego prysznica, czy relaksuje podczas wieczornej kąpieli. Piankę zakupiłam w czerwcu i używamy jej oboje. Osobiście nie tylko do mycia ciała, ale również ułatwia mi golenie nóg jednorazową maszynką. Taki kosmetyk wielofunkcyjny. Nie wysusza mojej skóry, ale również nie natłuszcza. By lepiej zobrazować wspomnę, że nie jestem regularna w balsamowaniu ciała, robię to zaledwie 2 razy w tygodniu, gdy potrzebuję dodatkowego nawilżenia. Czasami mam fazę, gdy regularniej wcieram serum/balsam w problematyczne miejsca jak biodra czy pupa. Chętnie zakupię kolejną sztukę, 200 ml kosztuje 32,90 zł, ale przynależąc do klubu Organique zbiera się punkty za zakupy. Które zamienne są na złotówki do wydania w sklepie na zakup kolejnych kosmetyków, co ostatnio uczyniłam. Fajnie byłoby jeszcze, gdyby plastikowe opakowania były zwrotne, lub można było piankę do mycia ciała kupić na wagę, tak jak w przypadku  ich maseł do ciała, czy czarnego mydła. Byłoby bardziej ekologicznie. 

Smooth - krem nawilżający z zielonej glinki 30 ml. Więcej na temat tego kremu pisałam w poście <Aktualna naturalna pielęgnacja twarzy skłonnej do trądziku> wraz z innymi produktami, które stosuję. I uważam, że stosowane przeze mnie kosmetyki wzajemnie się uzupełniają przynosząc oczekiwane efekty. Mogę swobodnie spoglądać w lustro czy wychodzić z domu bez makijażu, nie wstydząc się swojego wyglądu. Cera ma równomierny koloryt pomimo występowania w okresie letnim piegów, nie ma przebarwień pozapalnych czy nowych zmian trądzikowych. Krem o pojemności 30 ml używałam od kwietnia, a w ubiegłym tygodniu zakupiłam kolejną sztukę. Tym razem o pojemności 50 ml (w cenie 59 zł z przesyłką za pobraniem), więc wystarczy mi na jeszcze dłuższy okres czasu. Większa pojemność jest w ładniejszym oraz cięższym szklanym opakowaniu ze srebrną nakrętką i złotą etykietą. Na etykiecie znajduje się skład INCI, który ku mojemu zdziwieniu różni się zawartością poszczególnych składników od kremu o pojemności 30 ml. Napisałam w tej sprawie wiadomość na facebooku i czekam na rozwianie moich wątpliwości, który skład jest aktualny, bo być może uległ zmianie na przestrzeni czasu, a błędna informacja w dalszym ciągu istnieje na jednym z dwóch opakowań. Jak tylko się dowiem coś więcej, wrócę do tematu, bo kosmetyki Smooth uważam za godne uwagi. 

Tropikal Naturals - czarne mydło Dudu-osun kostka 150 gram. Nie mam jak na fotografii pokazać mydła, które wykończyłam, ponieważ wyrzuciłam kartonowe opakowanie zaraz po zakupie. Mydło to od maja do dzisiejszego dnia (dzień w dzień) służyło mi do mycia włosów o czym pisałam <tutaj>, świetnie radzi sobie z suchą i swędzącą skórą głowy przy mojej niedoczynności tarczycy. Również do mycia skóry twarzy skłonnej do trądziku o czym pisałam <tutaj>, a nawet do mycia ciała czy peelingu z pomocą <rękawicy Kessa>. Wielofunkcyjne, skuteczne, wydajne i w niskiej cenie  (do 20 zł), dostępne w sieci sklepów Rossman oraz przez internet. Ale zakupy przez internet wiążą się z kosztami przesyłki i dodatkowymi opakowaniami, więc w pierwszej kolejności kupuję to co mogę dostać stacjonarnie. Jutro przy okazji bycia w centrum miasta, zakupię kolejną sztukę, bo w tym przypadku czuję, że lepszego produktu już nie znajdę. 

To na dzisiaj byłoby wszystko. Jeśli znasz, któryś z wymienionych przeze mnie produktów daj znać. A może Ty skończyłaś właśnie jakiś kosmetyk, o którym chcesz mi opowiedzieć? Planujesz swoje kosmetyczne (i nie tylko) wydatki?