17 maj 2017

Zużyte | Catrice, Garnier, Larens, Lush, Mazidla, Organique, Pixie Cosmetics, Zelens


Nareszcie! Po tych zawirowaniach pogodowych wyszło słońce i w pełni czuć, że jest wiosna. Włożyłam już nawet sukienkę bez rajstop i nie potrzebuję okryć wierzchnich. Co prawda przemieszczam się głównie samochodem, ale już bliżej lata niż zimy. Z samochodem też miałam niezłe przygody i już kilka razy w tym roku wylądował u mechanika, a najprawdopodobniej to jeszcze nie koniec naprawiania usterek. Mam już serdecznie dosyć. Chociaż samochód to też ogromna oszczędność czasu, ale i sposobność przemieszczenia się w różne zakątki. 

Jednak nie o tym ma być dzisiejszy post, a o produktach zużytych, mini recenzje lub aktywne link do recenzji, jeżeli taka pojawiła się na blogu wcześniej. Będzie też o kosmetykach, które je zastąpiły, a może zakupiłam ponownie? Zacznijmy od lewej strony widocznej na fotografii.

Larens - dermo wash face and body 250 ml. Przyznaję, że żel ten kupiłam spontanicznie na "wyspie" z naturalnymi kosmetykami. Był akurat w promocji -50%, bo miał już krótki okres ważności. Cena początkowa to prawie 80 zł i gdyby nie promocja, nie podjęłabym tak szybko tej decyzji. Zakupiłam go z myślą o myciu twarzy, ale również suchej skóry mojego i małżonka ciała. Według producenta przeznaczony jest dla skóry skłonnej do trądziku (tak jak moja), z problemami alergii skóry i wrażliwej. Przez zawartą ectoine, alantoine, olej arganowy, ekstrakt z aloesu ma nawilżać, łagodzić podrażnienia i zaczerwienienia. Żel okazał się po prostu przeciętny. Ani jakoś wyjątkowo pielęgnujący, ani szkodzący. Z racji, że jest w opakowaniu z pompką, łatwo się z niego korzysta i jest wydajny. Raczej nie planuję powrotu. Zakupiłam za to sprawdzony już przeze mnie żel Organique z serii basic.

Garnier - płyn micelarny 400 ml. Ponownie w mojej łazience, kiedyś był nawet moim ulubieńcem <recenzja>. Coś mi się wydaje, że nawet widziałam ostatnio w jeszcze większych pojemnościach. Od jakiegoś czasu staram się kupować kosmetyki marek nietestujących swoich produktów na zwierzętach i niestety Garnier do niej się nie zalicza. Po prostu nie miałam innego wyboru i padło na sprawdzony już produkt. Obecnie zastępuje go płyn micelarny różany marki Evree.

Zelens - flirt mascara 9 ml. O tym tuszu pisałam więcej w poście o moim codziennym makijażu. Po upływie ponad 4 miesięcy zaczęły tworzyć się malutkie grudki podczas aplikacji kolejnej warstwy na rzęsach. A ja zawsze aplikuję 2- 3 cienkie warstwy, by ładnie rozczesać i równomiernie pokryć tuszem rzęsy. W jej zastępstwo powrót do mascary Physicians formula.

Catrice - Glam & Doll False Lashes Mascara 9,5 ml. Ta maskara gdzieś się zawieruszyła w szufladzie, stosowałam ją jeszcze przed Zelens. Ma fajną silikonową szczoteczkę w kształcie, jaki lubię, zapowiadało się dobrze, ale bez spektakularnych efektów na rzęsach. Oraz szybko zaczęła wysychać. Marka Catrice nie testuje na zwierzętach. 

Organique - balsam modelujący / cellulit 150 ml. Bardzo polubiłam tę serię kosmetyków Organique, mają przyjemną lekką konsystencję. Szybko się wchłaniają, nie pozostawiając tłustej warstwy na skórze. Dzięki czemu chętnie po nie sięgam również rankiem bezpośrednio po prysznicu. Tym balsamem smaruję praktycznie całe ciało, lubię sposób, w jaki je nawilża, skóra jest wtedy taka miękka w dotyku nawet następnego dnia i po myciu. Nie jest to tak, że wierzę ślepo we właściwości modelujące, antycellilitowe. Uważam, że najważniejsza jest dieta, aktywność fizyczna, a pielęgnacja balsamami, żelami czy masażerami to tylko uzupełnienie. Jednak jak mam już czymś smarować skórę, to lubię te produkty, które zawierają składniki aktywne (tu: olej sezamowy, kofeina, imbir,  ekstrakt z czerwonej herbaty) ujędrniające/modelujące. Nie mam problemu z cellulitisem, mam za to rozstępy na udach, biodrach, pupie już od wczesnego wieku dojrzewania. A takie kosmetyki w połączeniu ze wspomnianą już dietą i ćwiczeniami przynoszą fajne efekty napięcia skóry, że rozstępy są mniej widoczne. O moim zadowoleniu najlepiej przemawia fakt, że zakupiłam ponownie ten sam produkt.

Mazidla - Ekologiczny olej konopny 30 g. Zakupiłam z myślą o łuszczycowej skórze małżonka. Aczkolwiek w tym celu się nie sprawdził, stosowany solo powodował reakcję odwrotną od zamierzonej, zamiast łuski zmiękczać i usuwać - nawarstwiały się. Nic nie szkodzi, olejek zużyłam, wcierając w suche miejsca na skórze mojego ciała, wieczorem już na lenia w łóżku. Nie tłuści mocno i nie brudzi. Zapach ziołowy, delikatny, niedrażniący. Nie planuję ponownego zakupu.

Lush - maseczka do twarzy oatifix 50 ml. I tutaj wychodzi moje największe lenistwo, jestem tak nieregularna w stosowaniu maseczek do twarzy, że część tej świeżej maseczki zwyczajnie w świecie uległo przeterminowaniu. Myślę, że gdyby nie konieczność trzymania kosmetyku w lodówce korzystałabym z niej częściej. A tak cały proces ogrzewania maski przed aplikacją się wydłużał. Raz nałożyłam maskę zimną, ale niestety nie mogę tak robić przy mojej alergii na zmiany temperatur, bo cała twarz i dekolt momentalnie była w pokrzywce idiopatycznej. Wyglądałam, jakbym wpadła w pokrzywy, czerwona i swędząco-boląca skóra to nie jest efekt upiększający, na jaki liczyłam. Pewnie nie kupię ponownie, ponieważ dostęp do kosmetyków marki Lush mam ograniczony. Chociaż bardzo podoba mi się polityka marki. Produkt wegański. Zastąpiła ją maseczka z białej glinki Organique.

Pixie Cosmetics - mineralny puder matujący 3,5 g. Produkt doczekał się recenzji i prezentacji na skórze tutaj. Stosowałam go praktycznie każdego dnia przed 5 miesięcy. Dobrze matowi skórę pokrytą podkładem mineralnym. Z kremem BBB Naturative myślałam, że nie współpracuje za dobrze, ale zmieniając sposób aplikacji, zamiast pędzlem aplikując gąbeczką Beauty Blender mat wytrzymywał przez cały dzień. Czasami takie małe zmiany, a ogromna różnica. Opakowanie "solniczka" to super rozwiązanie na wyjazdy, gdy chcemy zminimalizować ilość/wielkość kosmetyków, którą ze sobą zabieramy. W zastępstwie puder prasowany Bikor - tokyo po recenzji Hexxany. 

To na dzisiaj wszystko. Mogę już zdradzić, że kolejny post to będzie foodbook - czyli to, co jadłam w ciągu jednego dnia, bez laktozy i bez mięsa. Bo zdjęcia do niego mam już przygotowane. Trzymajcie się!

8 maj 2017

Urodowe odkrycia ostatnich miesięcy


Pomysł na dzisiejszy post chodził mi po głowie już od kilku tygodni, podczas użytkowania różnych akcesoriów/kosmetyków. Że powinnam wspomnieć o tym, czy o tamtym, lecz uznałam, że tworzenie pojedynczych postów dla każdej z tych rzeczy z osobna mija się z celem. Nie mam, aż tak wiele do powiedzenia w ich temacie. Będzie po kilka najważniejszych zdań, bo są to moje odkrycia - ulubieńcy. Chociaż tego drugiego stwierdzenia nie używam zbyt często, bo wiem, jaka przewrotna jest kobieca natura, poszukująca nowości. I to, co ulubione często schodzi na drugi plan. 

Zrobienie jednego zdjęcia do tego postu zajęło mi ponad godzinę, ponownie zderzyły się ze sobą oczekiwania kontra rzeczywistość. Niby wszystko ze sobą powiązane, a pasuje mi tu jak wół do karety. W końcu się udało i efekt w miarę mnie satysfakcjonuje. Będzie dziś raczej babsko, intymnie, ale w końcu największe grono odbiorców mojego bloga to właśnie kobiety. I podobno to właśnie za tę moją bezpośredniość lubicie tutaj powracać. 

Sylveco - łagodny żel do higieny intymnej. Dawno już, chcąc być bardziej eko zrezygnowałam z płynów/ żeli do higieny intymnej. Jeżeli kobieta nie ma wymagającej skóry ciała oraz miejsc intymnych szczerze nie musi ich stosować. Niestety kilka miesięcy temu okazało się, że moja niedoczynność tarczycy dała mi we znaki również w tej sferze życia. Skóra pomiędzy wargami sromowymi po prostu była zbyt sucha, co powoduje obtarcia i swędzenie. W pierwszym momencie myślałam, że może to jakaś infekcja, ale ginekolog po badaniu rozwiał moje wątpliwości. Niestety ten problem może dotyczyć również osób chorujących na łuszczycę, przyjmujących hormonalną antykoncepcję lub po prostu osób starszych. Stąd moje zainteresowanie właśnie tym żelem Sylveco, ma krótki skład i zawiera w sobie dobroczynne wyciągi roślinne. Stosuję go regularnie dwa razy dziennie, rano oraz wieczorem. Jest bardzo delikatny i już po pierwszych zastosowaniach poczułam ulgę. Buteleczka z pompką to dodatkowy atut, ułatwiających zastosowanie pod prysznicem. 

Nie jest to jedyny produkt, który stosuję. I skoro z moich rozmów z innymi kobietami wynika, że problem nie dotyczy tylko mnie, to polecam również krem tłusty - Clobaza do kupienia w aptekach bez recepty. Polecił mi go mój ginekolog, do smarowania co najmniej 2 razy dziennie, by nie dochodziło do wspomnianych wcześniej przetarć. Na szczęście krem nie budzi bielizny/nie odbarwia, niezależnie od tego, jakiego jest ona koloru. Nie ma też przeciwwskazań, by krem zastosować na chwilę przed stosunkiem płciowym. 

Koniecznie muszę też ponownie wspomnieć o kubeczku menstruacyjnym Me Lunatutaj moja recenzja. Stosuję go już od ponad roku, przy każdej miesiączce i jestem zachwycona łatwością stosowania w różnych warunkach, kubeczek zabrałam ze sobą również na weekendowy wyjazd za granicę. Teraz miesiączka już mnie nie ogranicza, nie krępuje. Mogę ćwiczyć, tańczyć i po prostu cieszyć się każdym dniem, bez obaw, że coś przecieknie. 

Jeżeli chodzi o depilację, to po raz pierwszy pod koniec grudnia ubiegłego roku skorzystałam z usług gabinetu Time for wax, mianowicie głębokiej depilacji bikini ich autorskim produktem magic wax. Depilację bikini robiłam już wcześniej wielokrotnie, jednak ten wosk bije konkurencję na głowę. Cały zabieg jest znacznie mniej bolesny, włoski w moim przypadku nie wrastały i mogę cieszyć się gładką skórą prawie 1,5 miesiąca. Co rekompensuje dosyć wysoką cenę 129 zł. Z pierwszego zabiegu możecie skorzystać z 30% rabatem, co również uczyniłam. Rabaty pojawiają się też co jakiś czas, dla osób, które zarejestrowały się do klubu. Gabinety są ładnie urządzone, panuje biel i fajne grafiki np. ta, którą pokazywałam na instagramie. Kolejnym plusem jest brak zapisów, więc przychodzimy na depilację właśnie wtedy, gdy czujemy taką potrzebę. Pracuje tam kilka pań, więc okres oczekiwania na zabieg nie trwa zbyt długo. Panie są specjalnie przeszkolone w zakresie depilacji, bardzo dbają o komfort klientki, higienę pracy i sprawnie przeprowadzają zabieg. Osobiście nie mam zastrzeżeń. 

Włoski na moim ciele są mocno osłabione przez kilkuletnią depilację woskiem, więc obecnie najczęściej je golę raz na tydzień, czasami częściej. Ponieważ zapuszczenie ich do wosku trwałoby wieki. W celu zredukowania ilości plastikowych śmieci w końcu zainwestowałam w maszynkę wielorazową Solingen timor 1322. W której wymienia się jedynie żyletki. Marka Solingen jest mi bardzo dobrze znana, bo produkuje np. cążki kosmetyczne bardzo dobrej jakości. A tego typu maszynkę zapewne mogłyście widzieć u swoich ojców, dziadków. Powoli wracają do łask i słusznie. Bo są niesamowicie dokładne i na dłuższą metę ekonomiczniejsze. Moja kosztowała ok. 100 zł z przesyłką. Kosz żyletek to zaledwie 4 zł/ 5 szt. Swoja zakupiłam tutaj, wybrałam maszynkę bardzo łagodną po zapoznaniu się z rodzajami łagodności/agresywności maszynek. Z zakupu jestem bardzo zadowolona, korzystam z niej od początku roku. Wiele osób obawia się tego typu maszynek, bo są ostrzejsze od jednorazówek, ja jednie dwa razy delikatnie się zacięłam na początku użytkowania na kolanie przez pośpiech. Jednakże zdarzało mi się wielokrotnie skaleczyć jednorazówkami i to mocniej.

Pokazywałam ostatnio, jak maluję się na co dzień <tutaj>i wspominałam o urodowych dylematach<tutaj>. Moje rzęsy miewają lepsze i gorsze dni, dlatego bardzo polubiłam rzęsy Ardell z serii accent na większe okazje. To takie "połóweczki" zamiast całego paska rzęs, akcentują kącik zewnętrzny. Są bardzo łatwe w aplikacji, lekkie, osobiście i tak wybieram te mniej okazałe. Wyglądają na oku bardzo naturalnie. Model 318 (na zdjęciu powyżej) zakładałam kilkakrotnie i wyeksploatowałam go do granic możliwości, model 308 (na zdjęciu poniżej) jest jeszcze bardziej subtelniejszy. Jeżeli zadbasz o ich higienę i po ściągnięciu dokładnie oczyścisz z tuszu i kleju do rzęs (polecam klej Duo do kupienia np. w Inglocie)  to posłużą Ci nawet kilkanaście razy. Model 301 czeka na swoją kolej.


Jeżeli mowa o makijażu, to bardzo długo zwlekałam z kupnem słynnej gąbeczki Beauty Blender. To tylko świadczy o tym, że nie podejmuję spontanicznych kosmetycznych zakupów. Wydawała mi się zwyczajnie w świecie droga ok.70 zł/sztuka. Nie muszę chyba tego produktu zbyt szczegółowo przedstawiać, powiem jedynie, że dosyć znacznie zwiększa swoją objętość po zamoczeniu. Jest miękka, przyjemna w kontakcie ze skórą. Dobrze rozprowadza podkład oraz korektor nawet w mniej dostępnych miejscach jak pod oczami, płatki nosa itd. Największy fenomen dla mnie to aplikacja pudru fiksującego. To jak cudownie scala podkład z pudrem, bez efektu maski, pudrowości. A przetestowałam gąbeczkę również na dojrzalszych cerach niż moja. Jeżeli chodzi o higienę, to trochę zajmuje jej dokładne oczyszczenie, ale jeżeli zadbamy o to, po każdym zastosowaniu to posłuży na długi czas. Swoją mam od stycznia i na razie poza jednym małym ubytkiem (zahaczyłam paznokciem) jest w bardzo dobrym stanie. Z pewnością nie będzie to moja ostatnia gąbeczka BB, ale kuszą mnie również chwalone gąbeczki Blend it. 

Kolor, który noszę na paznokciach niezmiennie od kilku miesięcy to hybryda 004 Classic Nude - Semilac. Ten kolor nigdy mi się nie znudzi, idealnie pasuje do mojej garderoby. Co prawda sama formuła produktów Semilac działa na mnie uczulająco, jak tylko dotknie mojej skóry, ale aplikowana na base extra NeoNail (można nią nawet przedłużyć paznokcie) i wykończona topem no wipe (bez konieczności odtłuszczania) tej samej marki mi nie szkodzi. Tak więc cieszę się, że mogę mieć zadbane paznokcie dłoni i stóp. 

Biżuteria a dokładnie kolczyki Kavodesing to prezent Bożonarodzeniowy od rodziców. Po tym, jak zgubiłam poprzedniego jednego kolczyka marki Apart szukałam czegoś nowego. Pierwsza myśl była taka, by przetopić u jubilera pozostały kolczyk i dopłacić za następną sztukę, ale nikt nie chciał się podjąć zadania, twierdząc, że jest czasochłonne i drogie. W takim razie nie chciałam więcej wspierać dużych marek, a wybrałam minimalistyczną biżuterię projektowaną przez Kasię Wojniak i wytwarzaną w Polsce. Sztyft koło - o średnicy 7 mm, wytworzony ze srebra, ale pozłacane 24-karatowym złotem. Matowe, ale występują również w wersji z połyskiem. W bardzo korzystnej cenie 100 zł za parę. W razie, gdybym ponownie zgubiła kolczyk, zawsze mogę domówić jedną sztukę. Odkąd tylko do mnie dotarły, nie przestaję ich nosić. Muszę pochwalić Kasię za bardzo dobry kontakt i sprawną wysyłkę w tym gorącym, przedświątecznym czasie. Kusi mnie nowość flowers gold plated, czyli duże kwiaty, które będę nosić od większych okazji. Oprócz kolczyków codziennie noszę obrączkę oraz pierścionek zaręczynowy, chociaż czasami zdarza mi się nie nosić pierścionka tygodniami, bo nie lubię zbyt wiele błyskotek. 

Na pierwszym zdjęciu w tym poście możesz zauważyć tajemnicze cieliste kółka, to nakładki maskujące na brodawki dostępne w Hebe za cenę 12,99 zł / 4 pary. Kupiłam je z ciekawości, ponieważ od czasu do czasu noszę bluzki/sukienki bez biustonosza, ponieważ mają wycięte plecy. Uważam, że kiedy materiał bluzki (np. tak jak tej prezentowanej na zdjęciu u góry z Oysho) jest cieniutki, nie wypada, by brodawki sutkowe odciskały się pod materiałem. Szczególnie gdy bluzka ma stanowić część garderoby na ważne wyjście np. rodzinna kolacja, wyjście do restauracji, przyjęcia/wesela itd. Nakładki spełniły swoją funkcję, są bardzo cieniutkie, niewidoczne, samoprzylepne. Aplikowane na czystą skórę (bez użycia balsamu i innych produktów pielęgnujących) trzymają się doskonale przez długie godziny. Oczywiście nie jest to produkt do użytku codziennego, bo klej w nich zawarty mógłby podrażnić wrażliwą skórę.

Mam to szczęście, że mogę chodzić bez biustonosza. Swój sposób na większe/jędrniejsze piersi zdradziłam <tutaj>. Po kuracji olejkiem Voluplus zdecydowałam się na ponowny zakup. Tym razem chcę wymieszać go z olejem śliwkowym, wit. E oraz olejkiem eterycznym marchewkowym według receptury zawartej na stronie mazidla, z której pochodzą wymienione półprodukty kosmetyczne. W celu podtrzymania efektów, jakie uzyskałam wcześniej.

Odkryłam też bardzo fajne ramiączka Promees, które urozmaicają codzienną bieliznę za niewielką cenę ok.30 zł. Dla siebie wybrałam model Chloe black i bardzo podoba mi się ich efekt. Obawiałam się, że mogą niewystarczająco podtrzymywać biust, ale radzą sobie doskonale. Są dostępne też w kolorze czerwieni, bieli i cieliste. Osobiście lubię też pasy do pończoch i tego typu seksowne dodatki, dlatego moją uwagę przyciągnęła zakładka Harness (uprząż) i zakupiłam model Nadia. Uważam, że na mnie prezentuje się równie dobrze, jak na modelce, albo i lepiej! 

Ostatnim produktem będzie keratolityczny żel dermatologiczny do skóry głowy Oillan, który pomaga mi opanować nasilone przez stres i niedoczynność tarczycy swędzenie skóry głowy. Zawiera w sobie 10% moczniku, kwas salicylowy, alantoine. Aplikuję go za każdym razem po myciu włosów, żelowa formuła na szczęście nie przetłuszcza włosów, a nawet po wyschnięciu są bardziej uniesione od nasady głowy. Swędzenie szybko ustąpiło, a sucha, łuszcząca skóra już mi nie dokucza, tak mocno, jak kilka tygodni temu. Ten sam produkt właśnie zakupiłam dla mojej Mamy, więc za jakiś czas napiszę, jak sprawdził się na jej podrażnionej skórze głowy. 50 ml kosztuje niewiele, bo ok. 16 zł. W tym samym czasie kupiłam też Emolium - emulsję na suchą skórę głowy, jednak ten produkt nadaje się wyłącznie do zastosowania na kilka godzin przed myciem włosów, przez co najczęściej o nim zapominam i stosuję go rzadziej.

To na dzisiaj wszystko, ciekawa jestem czy znasz, któryś z moich ulubieńców. A może odkryłaś coś niedawno, czym chcesz się podzielić ze mną i czytelnikami? W razie pytań, pisz śmiało, a ja odpowiem w wolnej chwili.

30 kwi 2017

Naturative - Pielęgnacyjny, koloryzujący balsam BBB do twarzy spf 30 (jaśniejszy)


Dzisiaj motywem przewodnim, tak jak obiecałam, będzie tytułowy krem. Pokażę, jak wygląda na skórze, krok po kroku, po aplikacji, przypudrowaniu, oraz pełnym makijażu dziennym. Takim, jaki noszę ostatnio najczęściej. O moim podejściu i dylematach dotyczących makijażu pisałam w ostatnim poście <tutaj>, jako wprowadzenie do dzisiejszego, bo czułam taką ogromną potrzebę. Bez niego to, co dziś piszę, byłoby dla mnie niedokończonym dziełem. 

Poza samą prezentacją produktu wyrażę swoją pierwszą opinię, która utrzymuje się od miesiąca - dwóch (prawie) codziennego użytkowania, chociaż chętnie uzupełnię ten post (lub napiszę drugi) np. we wrześniu. By uzupełnić o informacje, jak zachowuje się w wyższych temperaturach, bo pomimo maja za pasem, pogoda nas nie rozpieszcza. 

Zacznę może od tego, że marka Naturative to marka tworząca niegdyś dla Pat&Rub. Dlatego produkty Naturative tak łudząco przypominają opakowaniem Pat&Rub, nazwami i podobno składy też są te same. Co nieco czytałam na temat afery z tym związanej, ale ostatecznie nie osądzam i nie wiem, gdzie leży ziarno prawdy. O tym kremie do twarzy myślałam już szybciej, a w tym roku postanowiłam go wypróbować na swojej skórze. 

Jest to kosmetyk o naturalnym składzie (pełny skład na stronie producenta), a nawet idącym o krok dalej - kosmetyk wegański. Produkowany w Polsce. Koszt kremu to 165 zł/ 50 ml, lecz ja zakupiłam w promocji za 110 zł już z przesyłką. Promocje na stronie zarówno Pat&Rub, jak i Naturative występują dosyć często i można kupić kosmetyki -20, a nawet -40%. Z jednej strony to fajnie, czujemy satysfakcje, że upolowaliśmy kosmetyk taniej, z drugiej strony odnoszę wrażenie, jakby producenci dobrze wiedzieli, mocno zawyżając ceny pierwotne, że nie jest on jej wart. 

Lubię kremy do twarzy typu BB pod warunkiem, że mają spf co najmniej 25. Dzięki czemu mam dwa produkty w jednym. Lekkie wyrównanie kolorytu cery/upiększenie oraz ochronę przed słońcem. Spf 25-30 dla mnie, osoby spędzającej lato w mieście, na zewnątrz zaledwie 20-30 minut  (od budynku do samochodu) dziennie jest satysfakcjonujące. Podczas biegania, plażowania, przebywania na działce lub planowanego długiego spaceru używam wyższych filtrów. A nawet w razie potrzeby ponawiam aplikację. Pisałam o tym niejednokrotnie, ale warto powtórzyć dla nowych czytelników. 

Odkąd pojawiły się kremy BB (już kilka lat) praktycznie odstawiłam podkłady/fluidy. Robię wyjątek na większe wyjścia/imprezy. Odkąd nie stosuję produktów mocno kryjących, moja cera wygląda jeszcze korzystniej. Może oddychać w ciągu dnia, a wieczorny demakijaż jest krótszy, nie tracąc przy tym na dokładności.
Na fotografii (1) możesz zobaczyć jak wygląda moja cera po oczyszczeniu żelem z pomocą szczoteczki sonicznej foreo luna mini, aplikacji toniku z serii basic Organique i kremu na skórę powiek i pod oczami Lavera. Ma równomierny koloryt, obecnie sporadycznie pojawiają się zmiany trądzikowe, cienie pod oczami widzę, że też są małe. Nie wiem jeszcze, czy to zasługa nowego kremu pod oczy w mojej pielęgnacji, czy po prostu zmiany codziennych nawyków: piję co najmniej 1,5 - 2 l wody dziennie oraz kładę się obowiązkowo o północy do łóżka. W okolicach nosa mam kilka rozszerzonych naczynek i moja skóra lubi się czerwienić podczas wysiłku, zawstydzenia, zmian temperatur. Głównie dlatego lubię ją nieco upiększyć kremami BB. 

(2) odcień jaśniejszy wcale nie jest taki jasny, jak bym tego oczekiwała. Początkowo byłam przerażona, ale mimo to postanowiłam dać mu szansę, po roztarciu wygląda jak na fotografii (3). Koloryt cery nieco ocieplony, krycie bardzo, bardzo lekkie. Osoby z gorszym stanem cery raczej nie będą usatysfakcjonowane, koniecznie będą potrzebować korektora. Spójrz, proszę na zdjęcie poniżej, że nie zamaskował nawet naczynek wokół płatków nosa.
Użyłam korektora Pixie Cosmetics - 01 vanilla cream pod oczy  <recenzja> , co widać na zdjęciu (4).

Balsam Naturative ma bardzo kremową konsystencję, pozostawia mokre wykończenie na twarzy. Nie wchłania się do matu, przez zastosowane w składzie oleje. Dlatego też zastosowanie go na inny krem do twarzy w moim przypadku się nie sprawdza. Aplikuję go, na golą skórę. Dopiero po przypudrowaniu zdjęcie (5) pudrem fiksującym - Jolanta Wagner wygląda dla mnie korzystnie, wzmacnia się krycie, oraz zwiększa jego trwałość. Krem niestety nie współgra z każdym pudrem matującym, sprawdzałam z pudrem mineralnym Pixie Cosmetics <recenzja> i już po 2-3 h skóra zaczynała się świecić, nieestetycznie makijaż ważyć na czole (efekt ciastka).
Kolejny etap mojego makijażu to uzupełnienie braków w brwiach z pomocą kredki Bobbi Brown Perfectly Defined Long-Wear Brow Pencil odcień mahogany, którą otrzymałam w prezencie od Hexxany z 1001pasji, za co ogromnie dziękuję! Bo jest idealnie kolorystycznie do mnie dopasowana. Intensywność można dawkować. Ma woskową ani twardą, ani miękką konsystencję, po prostu idealną. Jest bardzo wytrzymała. Z drugiej strony wykręcanego rysika znajduje się szczoteczka do przeczesania brwi, co dla mnie jest super rozwiązaniem, bo nie potrzebujemy kolejnego akcesorium w swojej kosmetyczce. Czasami podkreślam nią również górną i dolną linię rzęs, tak jak to uczyniłam też tym razem.

Tuszuję rzęsy Zelens filtr, również prezent od Hexxany, jej recenzja <tutaj> i to najlepszy przykład tego, że każdy produkt może zachowywać się inaczej u innej osoby. Moje rzęsy, pomimo że przechodziły kryzys, podkreślone tym tuszem wyglądały dobrze. Z czasem nawet ładnie podrosły, nie doszukuję się tutaj na wyrost, że uczynił to ten tusz, chociaż zawiera peptydy stymulujące wzrost rzęs. Tusz był trwały w ciągu dnia w różnych warunkach pogodowych oraz z łatwością go usuwałam podczas wieczornego demakijażu płynem micelarnym. Szybki demakijaż to również mniej wyrwanych/ połamanych rzęs. Ja jestem pod wrażeniem przede wszystkim bardzo fajnej konsystencji, przez ponad 3,5 miesiąca zachowuje swoją wilgotność, dłużej niż w przypadku innych tuszy, z którymi miałam styczność. Silikonowa szczoteczka, a właściwie jej kształt nie jest moim ulubionym, ale szybko uczę się/przystosowuję do nowych warunków. 

Następnie odrobina brązera (na kości policzkowe, przy linii włosów i żuchwy schodząc na szyję) o nazwie havana z palety contour kit light to medium Anastasia Beverly Hills, o której pisałam więcej <tutaj>. I ponownie dzięki uprzejmości Hexxany mam już drugą paletę. 

Rumieńca dodaje róż The Body Shop o numerze 4, ten róż do policzków jest już ze mną bardzo długo, zdecydowanie za długo, nie mogę dokopać się w swojej pamięci, ani bloga, kiedy go zakupiłam. Czas ważności kosmetyku po otwarciu to 24 miesiące, więc to będzie jego ostatni dzień. Kolor chłodnego różu bardzo mi się podobał i uważam za najlepiej dopasowany do mojej cery. Różu zawsze używam z umiarem, tak jak uczyła mnie wizażystka Jolanta Wagner, jak już zaczyna być widoczny - to wystarczy. Dlatego też wystarcza na tak długi czas i nie ma sensu posiadania kilku różnych odcieni, bo najnormalniej w świecie szybciej ulegną przeterminowaniu niż zużyciu. 

Usta często smaruję pomadką nawilżającą (zawsze mam jakąś w samochodzie i torebce) lub kolorową na kilka minut przed wyjściem z domu. 

Oto cały mój dzienny makijaż, lekko podkreślający urodę. Podsumowując, na razie średnio jestem zadowolona z produktu Naturative, chyba miałam wobec niego wyższe oczekiwania. Może lepszy będzie dla osób z bardzo suchą skórą, w ładnej kondycji, niewymagającej krycia oraz o trochę ciemniejszym naturalnym kolorycie skóry niż mój. Tak jak powiedziałam, daję mu jeszcze szansę i zobaczę jak, się wykaże w wyższych temperaturach i wtedy, gdy nabiorę trochę koloru latem.

Mam nadzieję, że się nie gniewacie, że musieliście tak długo czekać na kolejny post. Bardzo bym chciała pisać regularnie, ale życie realne pochłania mnie bardziej. Co jest oczywiście zgodne z moimi przekonaniami. Jeśli przeczytałaś, zostaw mi jakiś komentarz, będzie mi ogromnie miło;) I bawcie się dobrze w ten majówkowy weekend.