24 kwi 2017

O makijażu słów kilka, w tym permanentnym z perspektywy 2 lat od zabiegu.


Ogromnie się cieszę, że stan mojej cery pozwala mi na to, by wychodzić z domu bez makijażu, bez krępacji, bez wstydu. Poświęciłam dużo czasu, by uporać się ze zmianami trądzikowymi. Po drodze oczywiście zdarzało mi się popełniać błędy. W końcu poznałam potrzeby mojej cery, każdy kosmetyk wprowadzam krok po kroku do codziennej pielęgnacji, aby zobaczyć, jak skóra zareaguje. Jestem wierna produktom, które się sprawdziły i chętnie do nich wracam. Nie tylko pielęgnacja, ale produkty do makijażu mają w tym przypadku znaczenie. Nie należy problematycznej skóry jedynie maskować, trzeba rozprawić się z przyczyną. W moim przypadku sprawdza się powiedzenie: im mniej, tym lepiej. 

Długo pracowałam też nad własną samooceną. Nigdy nie przesadzałam z ilością makijażu, ale był taki czas, że musiałam mieć, chociaż podkład na twarzy, albo tusz na rzęsach, by czuć się dobrze we własnej skórze. By nie wyglądać "na chorą". Chyba każda kobieta chociaż raz usłyszała pod swoim adresem uwagę, w dniu bez makijażu: "jakoś tak źle wyglądasz, źle się czujesz?". A wiesz czemu? Bo przyzwyczajasz swoje otoczenie, do tego, że zawsze jesteś perfekcyjnie umalowana, cienie pod oczami i krostki zatuszowane, brwi wyrysowane, rzęsy wydłużone maskarą itd.

Pewnie, że lubię i korzystam z tego dobrodziejstwa, jakim jest makijaż, że w zaledwie kilka minut mogę poprawić sobie humor w gorszy dzień. Że pod makijażem można zakryć nieprzespaną noc, blizny czy inne skazy. A od wielkiego wyjścia zrobić jeszcze bardziej spektakularny makijaż i poczuć się jak gwiazda na czerwonym dywanie. Lubię tę możliwość zabawy z własnym wizerunkiem, odnajdywanie własnego stylu, możliwość wyrażania siebie. Im jestem starsza, tym mniejszą mam ochotę na eksperymenty. Chyba po prostu polubiłam siebie samą na tyle, że nie potrzebuję zbyt wiele. Jednak zanim do tego doszłam, wpadłam w niejedną pułapkę.

Smarowałam swoje rzęsy serum, by je wydłużyć. Owszem efekt bardzo mi się podobał, zużyłam nawet kilka opakowań tego typu specyfików, ale czy to znaczy, że moje rzęsy same w sobie były złe? Były ładne, gęste. Postanowiłam wrócić do natury, docenić to, co mam, nie chcę być zmuszona korzystać z tylu kosmetyków dzień w dzień. Bo nie oszukujmy się, po odstawieniu serum, rzęsy w końcu wypadną. Wypadają niestety nierównomiernie i przez przeszło 2 miesiące wyglądałam koszmarnie, znacznie gorzej niż przed rozpoczęciem stosowania serum.

Zdecydowałam się na makijaż permanentny brwi, już przeszło dwa lata temu. Metoda piórkowa, mająca przypominać narysowane na skórze włoski. Początkowo były zdecydowanie za ciemne, co zmuszało mnie do mocniejszego podkreślania oczu, bym nie wyglądała dziwnie. Niby miało się wyłuszczyć nawet o 50% już w pierwszych tygodniach, ale tak się nie stało. Po miesiącu konieczna korekta, by pigment był wszędzie równomiernie rozmieszczony. Ostatecznie w dalszym ciągu szybciej pigment wypłukiwał się z jednej brwi (jej końcówki), a na drugiej był zbyt intensywny. Nie zdecydowałam się na kolejne poprawki, z obawy, że brwi będą za mocne. Czekałam, aż zbledną. I chociaż straciły na intensywności, to piórka/włoski zlały się w plamę. Teraz już wiem, że tak może się zdarzyć przy tej metodzie i przetłuszczającej cerze. Wcześniej nie wiedziałam, nikt mnie nie poinformował, nigdzie nie znalazłam takiej informacji. O tym się po prostu nie mówi.

Stoję przed dylematem (dla niektórych błahym), bo aby brwi wyglądały dobrze (bez codziennych poprawek kredką/cieniem), powinnam makijaż powtórzyć. Znalazłam lingeristki, w których ręce chciałabym się oddać. Miałam już odłożone na ten cel pieniądze. Tylko czy to znowu nie jest pułapka ciągłego odnawiania co rok, co dwa? Czy gra jest warta świeczki? Miałam mieć spokój na dłuższy czas, a wcale go nie odczuwam, wręcz odwrotnie. Rozważam usunięcie starego makijażu permanentnego laserem, nawet umówiłam się na wizytę 8 maja. Jestem w kropce, nie wiem, w którą stronę iść. Czy usunąć i raz na zawsze zapomnieć o makijażu permanentnym, czy brnąć w to dalej... Zdjęcia jak wyglądają teraz moje brwi permanentne bez makijażu, zobaczysz w kolejnym poście.

Myślę, że warto o tym mówić, szczególnie teraz, gdy makijaż permanentny i inne metody upiększania stały się tak popularne. Czasami wydaje mi się, że wszędzie widzę takie same twarze, te same brwi, te same włosy, te same usta. Nie chcę być kolejnym klonem. Chcę makijażem jedynie podkreślać to, co we mnie piękne. I wciąż zostawać przy tym sobą, poznawać siebie w lustrze zarówno tuż po przebudzeniu, jak i po zrobieniu makijażu. 

Miałam w tym poście pokazać swój codzienny makijaż, co właściwie uczyniłam na fotografii, przy czym tak się rozgadałam, że muszę podzielić ten post na dwa odrębne. W takim razie, w kolejnym spodziewajcie się mini recenzji kremu typu BB marki Naturative (to odłam Pat&Rub), który używam od ponad miesiąca. Co prawda do recenzji chętnie powrócę we wrześniu, by móc ocenić jak sprawdza się przy wyższych temperaturach, jak działa filtr spf 30 itd. Jednak to już teraz, przed sezonem letnim, może komuś pomóc w podjęciu decyzji, czy warto kupować, czy nie? Czy spełni Twoje wymagania?

Mam też nadzieję, że pogadamy sobie tutaj, w komentarzach, jak koleżanka z koleżanką o kosmetycznych dylematach, wpadkach, pułapkach. O tym, co Cię dręczy, co cieszy. Daj znać, co myślisz!

17 kwi 2017

Plany, Wielkanoc i trufle kokosowe

TRUFLE KOKOSOWE

Ponownie życie pokrzyżowało mi plany i uczy mnie, bym za bardzo nie wybiegała na przód. Na przełomie marca/kwietnia się pochorowałam, co wykluczyło mnie z praktykowania jogi oraz zamierzonych ćwiczeń z E. Chodakowską.  Najgorsze minęło po tygodniu, lecz w jeszcze kolejnym nie czułam się na siłach. Później to różne spodziewane i niespodziewane wydatki uświadomiły mi, że muszę w kwietniu zredukować wydatki dodatkowe. 

Z łatwością rezygnuję z nowych kosmetyków, ubrań i innych gadżetów. Znając już dobrze siebie, wiedziałam, że łatwiej będzie mi zrezygnować z zajęć jogi i przez ten miesiąc ćwiczyć w domu. Niż samodzielnie uczyć się języka angielskiego, więc w dalszym ciągu korzystam z odpłatnych zajęć. Bo możliwość rozmowy w obcym języku z drugą osobą (nawet godzinę w tygodniu) daje mi więcej niż powtarzanie słówek czy zwrotów w domowym zaciszu. Jeszcze na długo po zajęciach myślę po angielsku, układam zdania. Motywuje mnie to również do skrupulatnego odrabiania zadania domowego. 

Planowałam też być bardziej regularna w pisaniu, nawet całkiem nieźle mi szło! A później znowu gdzieś się opuściłam, za co trochę jestem na siebie zła. Bo zdjęcia do postu mam przygotowane, czekają tylko na opisanie. 

Są Święta Wielkanocne, pomimo że ja nie obchodzę ich w jakiś szczególny uduchowiony sposób, religijny. To naturalne jest dla mnie spędzanie tego czasu z najbliższymi, bo po prostu lubię ich obecność. Niedzielę spędziliśmy u moich rodziców już od samego śniadania do podwieczorku. Później wybraliśmy się na obowiązkowy spacer nad morzem, chociaż wiało i było zaledwie 4 stopnie. To widok morza działa na mnie kojąco, relaksująco. Pospacerowaliśmy też po lesie na Redłowskiej kępie. Zdjęcia możecie zobaczyć na moim instagramie @boskejsza, najbardziej lubię te media społecznościowe i prostotę w przekazie. 

Dzisiaj (poniedziałek) do południa spędzamy u siebie, poćwiczyłam, zrobiłam sobie peeling enzymatyczny Organique, maseczkę Lush, którą muszę już wyrzucić, bo minął termin ważności, a mi została zawartość połowy opakowania, taka jestem nieregularna w stosowaniu. Wzięłam prysznic i ruszyliśmy do moich teściów. Nie obyło się bez lania wody, w moim rodzinnym domu tego się nie praktykowało, za to u męża zawsze. Więc odkąd mieszkamy razem, robimy sobie psikusy. Mąż ochlapał mnie dziś zimną wodą z kubka, na rozgrzane po ćwiczeniach ciało. To bym cios poniżej pasa! 

Mogłam być bardziej wredna i ochlapać go jeszcze, gdy smacznie chrapał, ale miałam wymyślony inny sposób. Sposób genialny w swojej prostocie, zastanawiałam się tylko czy drugi raz da się na to samo nabrać i się udało! Podczas prysznica, zawołałam go, by umył mi plecy. Cierpliwie czekałam, nałożył rękawicę Kessa, szorował plecy tak, jak lubię. Chował się przy tym nieco za zasłoną prysznicową, ale gdy poprosił mnie, bym my ściągnęła rękawicę (na duże męskie dłonie jest trochę ciasna), to chwyciłam za słuchawkę prysznicową i go solidnie oblałam. Sprawiło mi to tak wielką radość, że nie da się tego opisać słowami. 

Jak to w święta zawsze jest za dużo jedzenia, rodzice nie znają umiaru. I będziemy pewnie dojadać jeszcze w tygodniu. Nie szykowałam specjalnych potraw dla siebie z tej okazji, nie jem wegańskich kiełbas i innych udających tradycyjne wegańskich potraw. Jem to, co roślinne z potraw znajdujących się na stole. Zrobiłam wyjątek i upiekłam mały chleb bezglutenowy <przepis> dla siebie, kolejny już z rzędu, ale z połowy przepisu, bo cały okazuje się za duży dla naszej dwójki. Bezglutenowy, bo przez miesiąc przy odrobaczaniu ograniczam gluten. Napiszę o tym na pewno na blogu w swoim czasie. 

Na deser trufle kokosowe <przepis> w smaku przypominające Raffaello. Już kiedyś robiłam podobne, niestety nie pamiętam przepisu, ale nic nie szkodzi, te są jeszcze smaczniejsze. Początkowo chciałam do środka wsadzić migdały, ale ostatecznie szkoda było mi czasu na obieranie ich ze skórki. Z przepisu wyszło ok. 30 sztuk, oczywiście nie zjadłam ich sama, tylko wraz z najbliższymi. Do chrupania podczas wieczornego seansu filmowego orzechy karmelizowane <przepis>, które robiłam już kiedyś i mi zasmakowały.

To by było na tyle, bo już zbliża się wieczór. Mam nadzieję, że udało Ci się wypocząć i spędzić ten czas w sposób, jaki lubisz. 

6 kwi 2017

Food Book lactosefree - czyli to co jem w ciągu dnia | po raz pierwszy

Pomyślałam ostatnio w kontekście mojego odżywiania, bo często pojawiają się o nie pytania, że forma słynnego na youtubie food book'a, może być interesująca dla moich czytelników. Jeśli Ci się spodoba, koniecznie zostaw komentarz, bym wiedziała, czy jest sens publikować tego typu posty częściej, może cyklicznie? 

W ten sposób będę mogła podzielić się z Tobą swoimi ulubionymi przepisami, które znalazłam w sieci czy książkach kucharskich, z których korzystam. Albo po prostu moją improwizacją w kuchni, bo często gotuję z tego, co zostało po poprzednich kulinarnych eksperymentach. Nie lubię, gdy coś zostaje, psuje się i ląduje w koszu na śmieci. 

Z założenia będzie prosto, bo, pomimo że lubię gotować, to lubię, by było szybko. Max. 30-45 minut na przygotowanie głównego posiłku dnia, czyli obiadu, czasami obiado-kolacji. Tak, by resztę czasu w ciągu dnia poświęcić na inne obowiązki oraz przyjemności. 

Nie jestem dietetykiem (choć swoją pracę licencjacką na kosmetologii pisałam właśnie z dietetyki), nie liczę kalorii ani mikro i makro składników. Po prostu zdrowy styl życia i odżywiania jest moim priorytetem. Gotuję prosto, bez laktozy i w większości przypadków bezmięsne potrawy, bo sporadycznie pojawia się ryba oraz jajka, które to weganie również ze swojej diety wykluczają. 

Nie jestem ani wegetarianką, ani weganką, chociaż często korzystam z wegańskich przepisów, nie da się mnie do żadnej istniejącej grupy (chyba że o czymś nie wiem) zaliczyć, ale szczerze nie mam na to ciśnienia. Robię to, co uważam za słuszne i dobre dla mojego ciała, a czy mam rację, czy nie, to się dopiero okaże na przestrzeni lat, a może nigdy się nie dowiem? Pokażę tylko, że bez codziennej porcji mięsa może być smacznie i można zaspokoić głód na długie godziny. Może Cię zainspiruję do nowych smaków/potraw?

ŚNIADANIE






To najważniejszy posiłek w ciągu dnia, na pewno o tym słyszałaś/łeś. Jedna z moich klientek powiedziała mi kiedyś, że to nagroda za to, że wstała. Również tak uważam i nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez zjedzenia czegokolwiek. Lubię też ten moment trochę przedłużać, jeżeli chodzi o weekend, jeść w szlafroku na balkonie, a wiosna-lato temu, jak najbardziej sprzyja.

Ze śniadaniami to u mnie tak, że, jak coś mi zasmakuje, to mogę jeść to do znudzenia tygodniami. Tak było z koktajlem, na który przepis publikowałam tutaj. Oraz ze śniadaniem, które dziś publikuję. Powstało z potrzeby chwili, wykorzystując to, co było już w domu. Co do sposobu gotowania kaszy jaglanej posłużyłam się podstawowym przepisem z książki "Qmam kasze" Maia Sobczak. Ponieważ przepis był na dwie porcje, zrobiłam z połowy.
1 porcja:
  •  pół szklanki kaszy jaglanej
  •  pół łyżeczki oleju kokosowego 
  • szczypta pieprzu
  • woda w proporcjach 1:2 lub 1:2,5
  • garnek z grubym dnem
+ kurkuma (to mój pomysł, ponieważ kurkuma nie daje właściwie smaku, a ma bardzo korzystny wpływ na organizm o czym przeczytacie m.in. tutaj)
Kaszę przesypać na sito, przelać zimną wodą. W garnku rozpuścić olej kokosowy, dodać szczyptę pieprzu, podprażyć kaszę i zalać wodą. Gotować, aż wchłonie całą wodę, mi to zajmuje ok. 10-15 minut. Pozostawiam kaszę na chwilę do ostygnięcia, nie lubię takiej gorącej. Na ogół w tym czasie idę wziąć prysznic. I tak od przebudzenia do śniadania muszę poczekać te 30 minut, z racji zażywania leków na niedoczynność tarczycy.

Jako dodatki wybrałam konfiturę z malin oraz pieczonego banana z cynamonem (piekłam w czasie gotowania kaszy) i odrobinę syropu z agawy, może być miód czy syrop klonowy. Ja miałam syrop z agawy kupiony do jakiegoś innego przepisu, ale już nie pamiętam jakiego. Pieczonego banana już gdzieś wcześniej widziałam, próbowałam jako deseru, ale solo mi nie przypadł do gustu. Za to z kaszą fajnie ją uzupełnia, urozmaica.

2 ŚNIADANIE

Jak się okazało, śniadanie o godz. 9 było bardzo sycące! Więc drugie śniadanie było skromne, w ogóle od kilku tygodni staram się wsłuchiwać jeszcze bardziej w swoje ciało. Pilnuję, by pić 1,5-2 l wody dziennie. Rozróżniać pragnienie od głodu i jeść, by żyć, a nie żyć po to, by jeść. Dwa orzechy brazylijskie, ponieważ to najbogatsze źródło selenu. Nie chcę powielać treści, które są już dostępne w sieci, dlatego odsyłam cię tutaj. Oraz świeży sok z jabłek i owoców granatu Marwit. Ten był trochę dla mnie za słodki, mój ulubiony to grejpfrutowy, ale akurat nie było w sklepie i małżonek kupił mi taki.

Sok jednodniowy Marwit jest wyciskany i nie pasteryzowany, dlatego sięgam po nie czasami, gdy najdzie mnie ochota. Lub na szybko, gdy jestem poza domem i chcę ugasić na godzinę-dwie głód i pragnienie w jednym. Jest to też jeden z nielicznych soków w opakowaniu szklanym, co wybiera chętniej zamiast plastiku i jest łatwo dostępny.

Czasami sok robię sama, za pomocą sokowirówki, którą kupiliśmy, jak mnie pamięć nie myli 2 lata temu. Tak na próbę, czy będziemy regularnie robić soki. Ostatecznie wyszło tak, że pierwsze tygodnie był ogromny zapał, prawie codziennie sok, później częstotliwość malała praktycznie do zera przez kolejne miesiące. Aż znowu zaczęłam z niej korzystać jakiś miesiąc temu. Ponownie mój zapał osłabł, więc na wyciskarkę raczej się nie zdecydujemy. Dla mnie ważne w pierwszej kolejności jest spożywanie owoców i warzyw w surowej formie, dopiero później smoothie i soki.

OBIAD

Przeważnie jem o godz. 16 - 16.30, chyba że coś pokrzyżuje mi plany, to przesuwam o godzinę wcześniej lub później. Tym razem przygotowałam go z tego, co miałam w kuchni i wyszły mi 3 porcje.
  • 3 łyżki oleju rzepakowego 
  • cebula
  • pół dużej cukinii
  • 4 duże pieczarki
  • mały słoik pomidorów
  • pół słoika przecieru pomidorowego
  • przyprawy: wędzona papryka, chili, zioła prowansalskie, pieprz, drożdże nieaktywne (mają lekko serowy posmak), sól już na talerzu

Wszystko gotowałam chwilę, aż zmięknie w średniej wielkości garnuszku. Wrzucając w kolejności, takiej jak wymieniłam produkty. W międzyczasie ugotowałam makaron soba 100 gramów suchego/ na 1 osobę. Bardzo szybko się go robi, wystarczyło mi 4 min. Można użyć jakiegokolwiek innego, ale akurat miałam taki w kuchni. 

PICIE WODY

Aby pić więcej wody, od kilku dni przygotowuję dla siebie i męża dzbanek 1,5 l z wyciśniętym sokiem z jednej pomarańczy i jednej cytryny. To świetna i zdrowsza alternatywa dla wszelkich sklepowych soków, a nawet napoi gazowanych, które mój mąż bardzo lubi. Osobiście piję też wodę w czystej postaci oraz herbaty ziołowe. Akurat dzień, w którym robiłam zdjęcia do tego postu, był słoneczny i nie miałam takiej ochoty na ciepłe napoje. 

W wyrobieniu nawyku picia wody pomaga mi aplikacja na smartphonie hydro. Jest darmowa, a ja korzystam z niej od przeszło miesiąca, więc mogę śmiało polecić! Bo to właśnie dzięki niej pilnuję, by regularnie nawadniać organizm. Wcześniej cały dzień wytrzymywałam na jednej szklance wody! Trochę też z obawy przed korzystaniem z publicznych toalet. Aplikacja co godzinę daje o sobie znać hasłem "pij wodę i dbaj o siebie". Zapotrzebowanie na wodę ustalasz według wagi swojego ciała, pogody czy jest słonecznie, czy nie oraz aktywności fizycznej. Odhaczasz jednym kliknięciem każdą porcję wypitej wody, na pojemność filiżanki, szklanki itd. Proste! 

KOLACJA

Ponieważ 28 marca rozpoczęłam kurację odrobaczającą (brzmi koszmarnie, ale napiszę o tym później, jeśli jesteś ciekawa/y) ograniczam spożywanie produktów mącznych. Dlatego na kolację o godz. 20 wybieram sałatkę. Przygotowuję "na oko" tak by zapełnić cały mały talerz. Siekam sałatę lodową, 1 pomidora, 3 ogórki małosolne, kilka oliwek. Doprawiam pieprzem, pastą tahini (ok. dwóch łyżeczek) oraz piekielnie ostrym sosem sriraha (kilka kropli). Połączenie tych dwóch sosów poznałam przy okazji innego przepisu i całkiem  mi zasmakował. 

Wprowadzam z życie też kolejny nawyk, chodzenia szybciej spać. Zamiast przesiadywać do 2-3 w nocy, do łóżka kładę się najpóźniej o północy. Dzięki czemu nie odczuwam głodu i konieczności jedzenia w nocy, co do tej pory często, prawie codziennie miało miejsce. 

Tego dnia nie ćwiczyłam ani nie robiłam nic, co wymagałoby ode mnie większego wysiłku, kurowałam się w ostatnich dniach choroby. W bardziej intensywne dni jem jeszcze jeden posiłek. Ale nic straconego, jeśli Ci się spodoba ten post, mogą pojawić się kolejne. 

Daj znać, co o tym myślisz? Może podzielisz się ze mną swoim ulubionym przepisem?