30 kwi 2017

Naturative - Pielęgnacyjny, koloryzujący balsam BBB do twarzy spf 30 (jaśniejszy)


Dzisiaj motywem przewodnim, tak jak obiecałam, będzie tytułowy krem. Pokażę, jak wygląda na skórze, krok po kroku, po aplikacji, przypudrowaniu, oraz pełnym makijażu dziennym. Takim, jaki noszę ostatnio najczęściej. O moim podejściu i dylematach dotyczących makijażu pisałam w ostatnim poście <tutaj>, jako wprowadzenie do dzisiejszego, bo czułam taką ogromną potrzebę. Bez niego to, co dziś piszę, byłoby dla mnie niedokończonym dziełem. 

Poza samą prezentacją produktu wyrażę swoją pierwszą opinię, która utrzymuje się od miesiąca - dwóch (prawie) codziennego użytkowania, chociaż chętnie uzupełnię ten post (lub napiszę drugi) np. we wrześniu. By uzupełnić o informacje, jak zachowuje się w wyższych temperaturach, bo pomimo maja za pasem, pogoda nas nie rozpieszcza. 

Zacznę może od tego, że marka Naturative to marka tworząca niegdyś dla Pat&Rub. Dlatego produkty Naturative tak łudząco przypominają opakowaniem Pat&Rub, nazwami i podobno składy też są te same. Co nieco czytałam na temat afery z tym związanej, ale ostatecznie nie osądzam i nie wiem, gdzie leży ziarno prawdy. O tym kremie do twarzy myślałam już szybciej, a w tym roku postanowiłam go wypróbować na swojej skórze. 

Jest to kosmetyk o naturalnym składzie (pełny skład na stronie producenta), a nawet idącym o krok dalej - kosmetyk wegański. Produkowany w Polsce. Koszt kremu to 165 zł/ 50 ml, lecz ja zakupiłam w promocji za 110 zł już z przesyłką. Promocje na stronie zarówno Pat&Rub, jak i Naturative występują dosyć często i można kupić kosmetyki -20, a nawet -40%. Z jednej strony to fajnie, czujemy satysfakcje, że upolowaliśmy kosmetyk taniej, z drugiej strony odnoszę wrażenie, jakby producenci dobrze wiedzieli, mocno zawyżając ceny pierwotne, że nie jest on jej wart. 

Lubię kremy do twarzy typu BB pod warunkiem, że mają spf co najmniej 25. Dzięki czemu mam dwa produkty w jednym. Lekkie wyrównanie kolorytu cery/upiększenie oraz ochronę przed słońcem. Spf 25-30 dla mnie, osoby spędzającej lato w mieście, na zewnątrz zaledwie 20-30 minut  (od budynku do samochodu) dziennie jest satysfakcjonujące. Podczas biegania, plażowania, przebywania na działce lub planowanego długiego spaceru używam wyższych filtrów. A nawet w razie potrzeby ponawiam aplikację. Pisałam o tym niejednokrotnie, ale warto powtórzyć dla nowych czytelników. 

Odkąd pojawiły się kremy BB (już kilka lat) praktycznie odstawiłam podkłady/fluidy. Robię wyjątek na większe wyjścia/imprezy. Odkąd nie stosuję produktów mocno kryjących, moja cera wygląda jeszcze korzystniej. Może oddychać w ciągu dnia, a wieczorny demakijaż jest krótszy, nie tracąc przy tym na dokładności.
Na fotografii (1) możesz zobaczyć jak wygląda moja cera po oczyszczeniu żelem z pomocą szczoteczki sonicznej foreo luna mini, aplikacji toniku z serii basic Organique i kremu na skórę powiek i pod oczami Lavera. Ma równomierny koloryt, obecnie sporadycznie pojawiają się zmiany trądzikowe, cienie pod oczami widzę, że też są małe. Nie wiem jeszcze, czy to zasługa nowego kremu pod oczy w mojej pielęgnacji, czy po prostu zmiany codziennych nawyków: piję co najmniej 1,5 - 2 l wody dziennie oraz kładę się obowiązkowo o północy do łóżka. W okolicach nosa mam kilka rozszerzonych naczynek i moja skóra lubi się czerwienić podczas wysiłku, zawstydzenia, zmian temperatur. Głównie dlatego lubię ją nieco upiększyć kremami BB. 

(2) odcień jaśniejszy wcale nie jest taki jasny, jak bym tego oczekiwała. Początkowo byłam przerażona, ale mimo to postanowiłam dać mu szansę, po roztarciu wygląda jak na fotografii (3). Koloryt cery nieco ocieplony, krycie bardzo, bardzo lekkie. Osoby z gorszym stanem cery raczej nie będą usatysfakcjonowane, koniecznie będą potrzebować korektora. Spójrz, proszę na zdjęcie poniżej, że nie zamaskował nawet naczynek wokół płatków nosa.
Użyłam korektora Pixie Cosmetics - 01 vanilla cream pod oczy  <recenzja> , co widać na zdjęciu (4).

Balsam Naturative ma bardzo kremową konsystencję, pozostawia mokre wykończenie na twarzy. Nie wchłania się do matu, przez zastosowane w składzie oleje. Dlatego też zastosowanie go na inny krem do twarzy w moim przypadku się nie sprawdza. Aplikuję go, na golą skórę. Dopiero po przypudrowaniu zdjęcie (5) pudrem fiksującym - Jolanta Wagner wygląda dla mnie korzystnie, wzmacnia się krycie, oraz zwiększa jego trwałość. Krem niestety nie współgra z każdym pudrem matującym, sprawdzałam z pudrem mineralnym Pixie Cosmetics <recenzja> i już po 2-3 h skóra zaczynała się świecić, nieestetycznie makijaż ważyć na czole (efekt ciastka).
Kolejny etap mojego makijażu to uzupełnienie braków w brwiach z pomocą kredki Bobbi Brown Perfectly Defined Long-Wear Brow Pencil odcień mahogany, którą otrzymałam w prezencie od Hexxany z 1001pasji, za co ogromnie dziękuję! Bo jest idealnie kolorystycznie do mnie dopasowana. Intensywność można dawkować. Ma woskową ani twardą, ani miękką konsystencję, po prostu idealną. Jest bardzo wytrzymała. Z drugiej strony wykręcanego rysika znajduje się szczoteczka do przeczesania brwi, co dla mnie jest super rozwiązaniem, bo nie potrzebujemy kolejnego akcesorium w swojej kosmetyczce. Czasami podkreślam nią również górną i dolną linię rzęs, tak jak to uczyniłam też tym razem.

Tuszuję rzęsy Zelens filtr, również prezent od Hexxany, jej recenzja <tutaj> i to najlepszy przykład tego, że każdy produkt może zachowywać się inaczej u innej osoby. Moje rzęsy, pomimo że przechodziły kryzys, podkreślone tym tuszem wyglądały dobrze. Z czasem nawet ładnie podrosły, nie doszukuję się tutaj na wyrost, że uczynił to ten tusz, chociaż zawiera peptydy stymulujące wzrost rzęs. Tusz był trwały w ciągu dnia w różnych warunkach pogodowych oraz z łatwością go usuwałam podczas wieczornego demakijażu płynem micelarnym. Szybki demakijaż to również mniej wyrwanych/ połamanych rzęs. Ja jestem pod wrażeniem przede wszystkim bardzo fajnej konsystencji, przez ponad 3,5 miesiąca zachowuje swoją wilgotność, dłużej niż w przypadku innych tuszy, z którymi miałam styczność. Silikonowa szczoteczka, a właściwie jej kształt nie jest moim ulubionym, ale szybko uczę się/przystosowuję do nowych warunków. 

Następnie odrobina brązera (na kości policzkowe, przy linii włosów i żuchwy schodząc na szyję) o nazwie havana z palety contour kit light to medium Anastasia Beverly Hills, o której pisałam więcej <tutaj>. I ponownie dzięki uprzejmości Hexxany mam już drugą paletę. 

Rumieńca dodaje róż The Body Shop o numerze 4, ten róż do policzków jest już ze mną bardzo długo, zdecydowanie za długo, nie mogę dokopać się w swojej pamięci, ani bloga, kiedy go zakupiłam. Czas ważności kosmetyku po otwarciu to 24 miesiące, więc to będzie jego ostatni dzień. Kolor chłodnego różu bardzo mi się podobał i uważam za najlepiej dopasowany do mojej cery. Różu zawsze używam z umiarem, tak jak uczyła mnie wizażystka Jolanta Wagner, jak już zaczyna być widoczny - to wystarczy. Dlatego też wystarcza na tak długi czas i nie ma sensu posiadania kilku różnych odcieni, bo najnormalniej w świecie szybciej ulegną przeterminowaniu niż zużyciu. 

Usta często smaruję pomadką nawilżającą (zawsze mam jakąś w samochodzie i torebce) lub kolorową na kilka minut przed wyjściem z domu. 

Oto cały mój dzienny makijaż, lekko podkreślający urodę. Podsumowując, na razie średnio jestem zadowolona z produktu Naturative, chyba miałam wobec niego wyższe oczekiwania. Może lepszy będzie dla osób z bardzo suchą skórą, w ładnej kondycji, niewymagającej krycia oraz o trochę ciemniejszym naturalnym kolorycie skóry niż mój. Tak jak powiedziałam, daję mu jeszcze szansę i zobaczę jak, się wykaże w wyższych temperaturach i wtedy, gdy nabiorę trochę koloru latem.

Mam nadzieję, że się nie gniewacie, że musieliście tak długo czekać na kolejny post. Bardzo bym chciała pisać regularnie, ale życie realne pochłania mnie bardziej. Co jest oczywiście zgodne z moimi przekonaniami. Jeśli przeczytałaś, zostaw mi jakiś komentarz, będzie mi ogromnie miło;) I bawcie się dobrze w ten majówkowy weekend. 

24 kwi 2017

O makijażu słów kilka, w tym permanentnym z perspektywy 2 lat od zabiegu.


Ogromnie się cieszę, że stan mojej cery pozwala mi na to, by wychodzić z domu bez makijażu, bez krępacji, bez wstydu. Poświęciłam dużo czasu, by uporać się ze zmianami trądzikowymi. Po drodze oczywiście zdarzało mi się popełniać błędy. W końcu poznałam potrzeby mojej cery, każdy kosmetyk wprowadzam krok po kroku do codziennej pielęgnacji, aby zobaczyć, jak skóra zareaguje. Jestem wierna produktom, które się sprawdziły i chętnie do nich wracam. Nie tylko pielęgnacja, ale produkty do makijażu mają w tym przypadku znaczenie. Nie należy problematycznej skóry jedynie maskować, trzeba rozprawić się z przyczyną. W moim przypadku sprawdza się powiedzenie: im mniej, tym lepiej. 

Długo pracowałam też nad własną samooceną. Nigdy nie przesadzałam z ilością makijażu, ale był taki czas, że musiałam mieć, chociaż podkład na twarzy, albo tusz na rzęsach, by czuć się dobrze we własnej skórze. By nie wyglądać "na chorą". Chyba każda kobieta chociaż raz usłyszała pod swoim adresem uwagę, w dniu bez makijażu: "jakoś tak źle wyglądasz, źle się czujesz?". A wiesz czemu? Bo przyzwyczajasz swoje otoczenie, do tego, że zawsze jesteś perfekcyjnie umalowana, cienie pod oczami i krostki zatuszowane, brwi wyrysowane, rzęsy wydłużone maskarą itd.

Pewnie, że lubię i korzystam z tego dobrodziejstwa, jakim jest makijaż, że w zaledwie kilka minut mogę poprawić sobie humor w gorszy dzień. Że pod makijażem można zakryć nieprzespaną noc, blizny czy inne skazy. A od wielkiego wyjścia zrobić jeszcze bardziej spektakularny makijaż i poczuć się jak gwiazda na czerwonym dywanie. Lubię tę możliwość zabawy z własnym wizerunkiem, odnajdywanie własnego stylu, możliwość wyrażania siebie. Im jestem starsza, tym mniejszą mam ochotę na eksperymenty. Chyba po prostu polubiłam siebie samą na tyle, że nie potrzebuję zbyt wiele. Jednak zanim do tego doszłam, wpadłam w niejedną pułapkę.

Smarowałam swoje rzęsy serum, by je wydłużyć. Owszem efekt bardzo mi się podobał, zużyłam nawet kilka opakowań tego typu specyfików, ale czy to znaczy, że moje rzęsy same w sobie były złe? Były ładne, gęste. Postanowiłam wrócić do natury, docenić to, co mam, nie chcę być zmuszona korzystać z tylu kosmetyków dzień w dzień. Bo nie oszukujmy się, po odstawieniu serum, rzęsy w końcu wypadną. Wypadają niestety nierównomiernie i przez przeszło 2 miesiące wyglądałam koszmarnie, znacznie gorzej niż przed rozpoczęciem stosowania serum.

Zdecydowałam się na makijaż permanentny brwi, już przeszło dwa lata temu. Metoda piórkowa, mająca przypominać narysowane na skórze włoski. Początkowo były zdecydowanie za ciemne, co zmuszało mnie do mocniejszego podkreślania oczu, bym nie wyglądała dziwnie. Niby miało się wyłuszczyć nawet o 50% już w pierwszych tygodniach, ale tak się nie stało. Po miesiącu konieczna korekta, by pigment był wszędzie równomiernie rozmieszczony. Ostatecznie w dalszym ciągu szybciej pigment wypłukiwał się z jednej brwi (jej końcówki), a na drugiej był zbyt intensywny. Nie zdecydowałam się na kolejne poprawki, z obawy, że brwi będą za mocne. Czekałam, aż zbledną. I chociaż straciły na intensywności, to piórka/włoski zlały się w plamę. Teraz już wiem, że tak może się zdarzyć przy tej metodzie i przetłuszczającej cerze. Wcześniej nie wiedziałam, nikt mnie nie poinformował, nigdzie nie znalazłam takiej informacji. O tym się po prostu nie mówi.

Stoję przed dylematem (dla niektórych błahym), bo aby brwi wyglądały dobrze (bez codziennych poprawek kredką/cieniem), powinnam makijaż powtórzyć. Znalazłam lingeristki, w których ręce chciałabym się oddać. Miałam już odłożone na ten cel pieniądze. Tylko czy to znowu nie jest pułapka ciągłego odnawiania co rok, co dwa? Czy gra jest warta świeczki? Miałam mieć spokój na dłuższy czas, a wcale go nie odczuwam, wręcz odwrotnie. Rozważam usunięcie starego makijażu permanentnego laserem, nawet umówiłam się na wizytę 8 maja. Jestem w kropce, nie wiem, w którą stronę iść. Czy usunąć i raz na zawsze zapomnieć o makijażu permanentnym, czy brnąć w to dalej... Zdjęcia jak wyglądają teraz moje brwi permanentne bez makijażu, zobaczysz w kolejnym poście.

Myślę, że warto o tym mówić, szczególnie teraz, gdy makijaż permanentny i inne metody upiększania stały się tak popularne. Czasami wydaje mi się, że wszędzie widzę takie same twarze, te same brwi, te same włosy, te same usta. Nie chcę być kolejnym klonem. Chcę makijażem jedynie podkreślać to, co we mnie piękne. I wciąż zostawać przy tym sobą, poznawać siebie w lustrze zarówno tuż po przebudzeniu, jak i po zrobieniu makijażu. 

Miałam w tym poście pokazać swój codzienny makijaż, co właściwie uczyniłam na fotografii, przy czym tak się rozgadałam, że muszę podzielić ten post na dwa odrębne. W takim razie, w kolejnym spodziewajcie się mini recenzji kremu typu BB marki Naturative (to odłam Pat&Rub), który używam od ponad miesiąca. Co prawda do recenzji chętnie powrócę we wrześniu, by móc ocenić jak sprawdza się przy wyższych temperaturach, jak działa filtr spf 30 itd. Jednak to już teraz, przed sezonem letnim, może komuś pomóc w podjęciu decyzji, czy warto kupować, czy nie? Czy spełni Twoje wymagania?

Mam też nadzieję, że pogadamy sobie tutaj, w komentarzach, jak koleżanka z koleżanką o kosmetycznych dylematach, wpadkach, pułapkach. O tym, co Cię dręczy, co cieszy. Daj znać, co myślisz!

17 kwi 2017

Plany, Wielkanoc i trufle kokosowe

TRUFLE KOKOSOWE

Ponownie życie pokrzyżowało mi plany i uczy mnie, bym za bardzo nie wybiegała na przód. Na przełomie marca/kwietnia się pochorowałam, co wykluczyło mnie z praktykowania jogi oraz zamierzonych ćwiczeń z E. Chodakowską.  Najgorsze minęło po tygodniu, lecz w jeszcze kolejnym nie czułam się na siłach. Później to różne spodziewane i niespodziewane wydatki uświadomiły mi, że muszę w kwietniu zredukować wydatki dodatkowe. 

Z łatwością rezygnuję z nowych kosmetyków, ubrań i innych gadżetów. Znając już dobrze siebie, wiedziałam, że łatwiej będzie mi zrezygnować z zajęć jogi i przez ten miesiąc ćwiczyć w domu. Niż samodzielnie uczyć się języka angielskiego, więc w dalszym ciągu korzystam z odpłatnych zajęć. Bo możliwość rozmowy w obcym języku z drugą osobą (nawet godzinę w tygodniu) daje mi więcej niż powtarzanie słówek czy zwrotów w domowym zaciszu. Jeszcze na długo po zajęciach myślę po angielsku, układam zdania. Motywuje mnie to również do skrupulatnego odrabiania zadania domowego. 

Planowałam też być bardziej regularna w pisaniu, nawet całkiem nieźle mi szło! A później znowu gdzieś się opuściłam, za co trochę jestem na siebie zła. Bo zdjęcia do postu mam przygotowane, czekają tylko na opisanie. 

Są Święta Wielkanocne, pomimo że ja nie obchodzę ich w jakiś szczególny uduchowiony sposób, religijny. To naturalne jest dla mnie spędzanie tego czasu z najbliższymi, bo po prostu lubię ich obecność. Niedzielę spędziliśmy u moich rodziców już od samego śniadania do podwieczorku. Później wybraliśmy się na obowiązkowy spacer nad morzem, chociaż wiało i było zaledwie 4 stopnie. To widok morza działa na mnie kojąco, relaksująco. Pospacerowaliśmy też po lesie na Redłowskiej kępie. Zdjęcia możecie zobaczyć na moim instagramie @boskejsza, najbardziej lubię te media społecznościowe i prostotę w przekazie. 

Dzisiaj (poniedziałek) do południa spędzamy u siebie, poćwiczyłam, zrobiłam sobie peeling enzymatyczny Organique, maseczkę Lush, którą muszę już wyrzucić, bo minął termin ważności, a mi została zawartość połowy opakowania, taka jestem nieregularna w stosowaniu. Wzięłam prysznic i ruszyliśmy do moich teściów. Nie obyło się bez lania wody, w moim rodzinnym domu tego się nie praktykowało, za to u męża zawsze. Więc odkąd mieszkamy razem, robimy sobie psikusy. Mąż ochlapał mnie dziś zimną wodą z kubka, na rozgrzane po ćwiczeniach ciało. To bym cios poniżej pasa! 

Mogłam być bardziej wredna i ochlapać go jeszcze, gdy smacznie chrapał, ale miałam wymyślony inny sposób. Sposób genialny w swojej prostocie, zastanawiałam się tylko czy drugi raz da się na to samo nabrać i się udało! Podczas prysznica, zawołałam go, by umył mi plecy. Cierpliwie czekałam, nałożył rękawicę Kessa, szorował plecy tak, jak lubię. Chował się przy tym nieco za zasłoną prysznicową, ale gdy poprosił mnie, bym my ściągnęła rękawicę (na duże męskie dłonie jest trochę ciasna), to chwyciłam za słuchawkę prysznicową i go solidnie oblałam. Sprawiło mi to tak wielką radość, że nie da się tego opisać słowami. 

Jak to w święta zawsze jest za dużo jedzenia, rodzice nie znają umiaru. I będziemy pewnie dojadać jeszcze w tygodniu. Nie szykowałam specjalnych potraw dla siebie z tej okazji, nie jem wegańskich kiełbas i innych udających tradycyjne wegańskich potraw. Jem to, co roślinne z potraw znajdujących się na stole. Zrobiłam wyjątek i upiekłam mały chleb bezglutenowy <przepis> dla siebie, kolejny już z rzędu, ale z połowy przepisu, bo cały okazuje się za duży dla naszej dwójki. Bezglutenowy, bo przez miesiąc przy odrobaczaniu ograniczam gluten. Napiszę o tym na pewno na blogu w swoim czasie. 

Na deser trufle kokosowe <przepis> w smaku przypominające Raffaello. Już kiedyś robiłam podobne, niestety nie pamiętam przepisu, ale nic nie szkodzi, te są jeszcze smaczniejsze. Początkowo chciałam do środka wsadzić migdały, ale ostatecznie szkoda było mi czasu na obieranie ich ze skórki. Z przepisu wyszło ok. 30 sztuk, oczywiście nie zjadłam ich sama, tylko wraz z najbliższymi. Do chrupania podczas wieczornego seansu filmowego orzechy karmelizowane <przepis>, które robiłam już kiedyś i mi zasmakowały.

To by było na tyle, bo już zbliża się wieczór. Mam nadzieję, że udało Ci się wypocząć i spędzić ten czas w sposób, jaki lubisz. 

6 kwi 2017

Food Book lactosefree - czyli to co jem w ciągu dnia | po raz pierwszy

Pomyślałam ostatnio w kontekście mojego odżywiania, bo często pojawiają się o nie pytania, że forma słynnego na youtubie food book'a, może być interesująca dla moich czytelników. Jeśli Ci się spodoba, koniecznie zostaw komentarz, bym wiedziała, czy jest sens publikować tego typu posty częściej, może cyklicznie? 

W ten sposób będę mogła podzielić się z Tobą swoimi ulubionymi przepisami, które znalazłam w sieci czy książkach kucharskich, z których korzystam. Albo po prostu moją improwizacją w kuchni, bo często gotuję z tego, co zostało po poprzednich kulinarnych eksperymentach. Nie lubię, gdy coś zostaje, psuje się i ląduje w koszu na śmieci. 

Z założenia będzie prosto, bo, pomimo że lubię gotować, to lubię, by było szybko. Max. 30-45 minut na przygotowanie głównego posiłku dnia, czyli obiadu, czasami obiado-kolacji. Tak, by resztę czasu w ciągu dnia poświęcić na inne obowiązki oraz przyjemności. 

Nie jestem dietetykiem (choć swoją pracę licencjacką na kosmetologii pisałam właśnie z dietetyki), nie liczę kalorii ani mikro i makro składników. Po prostu zdrowy styl życia i odżywiania jest moim priorytetem. Gotuję prosto, bez laktozy i w większości przypadków bezmięsne potrawy, bo sporadycznie pojawia się ryba oraz jajka, które to weganie również ze swojej diety wykluczają. 

Nie jestem ani wegetarianką, ani weganką, chociaż często korzystam z wegańskich przepisów, nie da się mnie do żadnej istniejącej grupy (chyba że o czymś nie wiem) zaliczyć, ale szczerze nie mam na to ciśnienia. Robię to, co uważam za słuszne i dobre dla mojego ciała, a czy mam rację, czy nie, to się dopiero okaże na przestrzeni lat, a może nigdy się nie dowiem? Pokażę tylko, że bez codziennej porcji mięsa może być smacznie i można zaspokoić głód na długie godziny. Może Cię zainspiruję do nowych smaków/potraw?

ŚNIADANIE






To najważniejszy posiłek w ciągu dnia, na pewno o tym słyszałaś/łeś. Jedna z moich klientek powiedziała mi kiedyś, że to nagroda za to, że wstała. Również tak uważam i nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez zjedzenia czegokolwiek. Lubię też ten moment trochę przedłużać, jeżeli chodzi o weekend, jeść w szlafroku na balkonie, a wiosna-lato temu, jak najbardziej sprzyja.

Ze śniadaniami to u mnie tak, że, jak coś mi zasmakuje, to mogę jeść to do znudzenia tygodniami. Tak było z koktajlem, na który przepis publikowałam tutaj. Oraz ze śniadaniem, które dziś publikuję. Powstało z potrzeby chwili, wykorzystując to, co było już w domu. Co do sposobu gotowania kaszy jaglanej posłużyłam się podstawowym przepisem z książki "Qmam kasze" Maia Sobczak. Ponieważ przepis był na dwie porcje, zrobiłam z połowy.
1 porcja:
  •  pół szklanki kaszy jaglanej
  •  pół łyżeczki oleju kokosowego 
  • szczypta pieprzu
  • woda w proporcjach 1:2 lub 1:2,5
  • garnek z grubym dnem
+ kurkuma (to mój pomysł, ponieważ kurkuma nie daje właściwie smaku, a ma bardzo korzystny wpływ na organizm o czym przeczytacie m.in. tutaj)
Kaszę przesypać na sito, przelać zimną wodą. W garnku rozpuścić olej kokosowy, dodać szczyptę pieprzu, podprażyć kaszę i zalać wodą. Gotować, aż wchłonie całą wodę, mi to zajmuje ok. 10-15 minut. Pozostawiam kaszę na chwilę do ostygnięcia, nie lubię takiej gorącej. Na ogół w tym czasie idę wziąć prysznic. I tak od przebudzenia do śniadania muszę poczekać te 30 minut, z racji zażywania leków na niedoczynność tarczycy.

Jako dodatki wybrałam konfiturę z malin oraz pieczonego banana z cynamonem (piekłam w czasie gotowania kaszy) i odrobinę syropu z agawy, może być miód czy syrop klonowy. Ja miałam syrop z agawy kupiony do jakiegoś innego przepisu, ale już nie pamiętam jakiego. Pieczonego banana już gdzieś wcześniej widziałam, próbowałam jako deseru, ale solo mi nie przypadł do gustu. Za to z kaszą fajnie ją uzupełnia, urozmaica.

2 ŚNIADANIE

Jak się okazało, śniadanie o godz. 9 było bardzo sycące! Więc drugie śniadanie było skromne, w ogóle od kilku tygodni staram się wsłuchiwać jeszcze bardziej w swoje ciało. Pilnuję, by pić 1,5-2 l wody dziennie. Rozróżniać pragnienie od głodu i jeść, by żyć, a nie żyć po to, by jeść. Dwa orzechy brazylijskie, ponieważ to najbogatsze źródło selenu. Nie chcę powielać treści, które są już dostępne w sieci, dlatego odsyłam cię tutaj. Oraz świeży sok z jabłek i owoców granatu Marwit. Ten był trochę dla mnie za słodki, mój ulubiony to grejpfrutowy, ale akurat nie było w sklepie i małżonek kupił mi taki.

Sok jednodniowy Marwit jest wyciskany i nie pasteryzowany, dlatego sięgam po nie czasami, gdy najdzie mnie ochota. Lub na szybko, gdy jestem poza domem i chcę ugasić na godzinę-dwie głód i pragnienie w jednym. Jest to też jeden z nielicznych soków w opakowaniu szklanym, co wybiera chętniej zamiast plastiku i jest łatwo dostępny.

Czasami sok robię sama, za pomocą sokowirówki, którą kupiliśmy, jak mnie pamięć nie myli 2 lata temu. Tak na próbę, czy będziemy regularnie robić soki. Ostatecznie wyszło tak, że pierwsze tygodnie był ogromny zapał, prawie codziennie sok, później częstotliwość malała praktycznie do zera przez kolejne miesiące. Aż znowu zaczęłam z niej korzystać jakiś miesiąc temu. Ponownie mój zapał osłabł, więc na wyciskarkę raczej się nie zdecydujemy. Dla mnie ważne w pierwszej kolejności jest spożywanie owoców i warzyw w surowej formie, dopiero później smoothie i soki.

OBIAD

Przeważnie jem o godz. 16 - 16.30, chyba że coś pokrzyżuje mi plany, to przesuwam o godzinę wcześniej lub później. Tym razem przygotowałam go z tego, co miałam w kuchni i wyszły mi 3 porcje.
  • 3 łyżki oleju rzepakowego 
  • cebula
  • pół dużej cukinii
  • 4 duże pieczarki
  • mały słoik pomidorów
  • pół słoika przecieru pomidorowego
  • przyprawy: wędzona papryka, chili, zioła prowansalskie, pieprz, drożdże nieaktywne (mają lekko serowy posmak), sól już na talerzu

Wszystko gotowałam chwilę, aż zmięknie w średniej wielkości garnuszku. Wrzucając w kolejności, takiej jak wymieniłam produkty. W międzyczasie ugotowałam makaron soba 100 gramów suchego/ na 1 osobę. Bardzo szybko się go robi, wystarczyło mi 4 min. Można użyć jakiegokolwiek innego, ale akurat miałam taki w kuchni. 

PICIE WODY

Aby pić więcej wody, od kilku dni przygotowuję dla siebie i męża dzbanek 1,5 l z wyciśniętym sokiem z jednej pomarańczy i jednej cytryny. To świetna i zdrowsza alternatywa dla wszelkich sklepowych soków, a nawet napoi gazowanych, które mój mąż bardzo lubi. Osobiście piję też wodę w czystej postaci oraz herbaty ziołowe. Akurat dzień, w którym robiłam zdjęcia do tego postu, był słoneczny i nie miałam takiej ochoty na ciepłe napoje. 

W wyrobieniu nawyku picia wody pomaga mi aplikacja na smartphonie hydro. Jest darmowa, a ja korzystam z niej od przeszło miesiąca, więc mogę śmiało polecić! Bo to właśnie dzięki niej pilnuję, by regularnie nawadniać organizm. Wcześniej cały dzień wytrzymywałam na jednej szklance wody! Trochę też z obawy przed korzystaniem z publicznych toalet. Aplikacja co godzinę daje o sobie znać hasłem "pij wodę i dbaj o siebie". Zapotrzebowanie na wodę ustalasz według wagi swojego ciała, pogody czy jest słonecznie, czy nie oraz aktywności fizycznej. Odhaczasz jednym kliknięciem każdą porcję wypitej wody, na pojemność filiżanki, szklanki itd. Proste! 

KOLACJA

Ponieważ 28 marca rozpoczęłam kurację odrobaczającą (brzmi koszmarnie, ale napiszę o tym później, jeśli jesteś ciekawa/y) ograniczam spożywanie produktów mącznych. Dlatego na kolację o godz. 20 wybieram sałatkę. Przygotowuję "na oko" tak by zapełnić cały mały talerz. Siekam sałatę lodową, 1 pomidora, 3 ogórki małosolne, kilka oliwek. Doprawiam pieprzem, pastą tahini (ok. dwóch łyżeczek) oraz piekielnie ostrym sosem sriraha (kilka kropli). Połączenie tych dwóch sosów poznałam przy okazji innego przepisu i całkiem  mi zasmakował. 

Wprowadzam z życie też kolejny nawyk, chodzenia szybciej spać. Zamiast przesiadywać do 2-3 w nocy, do łóżka kładę się najpóźniej o północy. Dzięki czemu nie odczuwam głodu i konieczności jedzenia w nocy, co do tej pory często, prawie codziennie miało miejsce. 

Tego dnia nie ćwiczyłam ani nie robiłam nic, co wymagałoby ode mnie większego wysiłku, kurowałam się w ostatnich dniach choroby. W bardziej intensywne dni jem jeszcze jeden posiłek. Ale nic straconego, jeśli Ci się spodoba ten post, mogą pojawić się kolejne. 

Daj znać, co o tym myślisz? Może podzielisz się ze mną swoim ulubionym przepisem?

3 kwi 2017

Zużyte | Be Organic, Biały Jeleń, CD, Clarins, LR, MAC, Organique, Pięć przemian, Resibo, Sarah Chapman, Sephora, Tisane

Ostatni post z zużytymi produktami pojawił się w połowie stycznia. Od tej pory uzbierało się tyle rzeczy, aż ciężko mi się za ich opisanie zabrać. Wiedziałam, że tak będzie! Jednak marzec był tak intensywny, że zakończył się dla mnie chorobą, z której powoli wychodzę. Nie mogę się już doczekać, aż pójdę na spacer do pobliskiego lasu, widząc to słońce panujące za oknem! Piszę ten post, nasłuchując śpiewu ptaków.

Wspomnę tylko, że nie zużywam na wyścigi, tylko w naturalnym tempie używam kosmetyki, które kupuję. Jedne stosuję codziennie inne co kilka dni. Ponieważ kupuję z umiarem i każdy zakup dokładnie rozważam, na ogół trafiam idealnie w swoje potrzeby. 

Tym razem, niestety pod wpływem pozytywnych opinii w sieci, zakupiłam dwa produkty, które kompletnie się u mnie nie sprawdziły i pomimo usilnych prób nie jestem w stanie zużyć ich do końca. Nie oznacza to jednak, że komuś nie przypadną do gustu. To wszystko, co tutaj czytacie to moje odczucia, przemyślenia. Jeśli śledzicie mnie już od dłuższego czasu, to znacie moje preferencje i stan mojej cery/ skóry ciała. Jeśli nie, to postaram się pokrótce opisać.




Olejek do demakijażu Resibo 
Aby było bardziej przejrzyście, podzieliłam kosmetyki na kategorie. Na pierwszy ogień pójdzie pielęgnacja twarzy, szyi i dekoltu. To właśnie pierwszy nietrafiony kosmetyk o którym wspomniałam we wstępie, pokusiłam się na pełną recenzję tutaj. Próbowałam naprawdę długo, bo od końca września praktycznie do początku marca. Nie mogę znieść tej warstwy, jaką pozostawia na skórze twarzy oraz mgły na oczach, która towarzyszy mi przez kolejny dzień. Kupiłam go głównie z zamysłem demakijażu oczu z prostego makijażu, jaki noszę na co dzień. Mogłabym po myciu zastosować jeszcze płyn micelarny, ale dla mnie to niepotrzebne wydłużanie całego wieczornego procesu oczyszczania, kiedy to już jestem zmęczona. Po tych kilku miesiącach (sezon grzewczy/b.mała łazienka) zaczął też nieprzyjemnie pachnieć, więc postanowiłam się z nim rozstać, zanim sięgnął dna. To produkt nie dla mnie.

Maseczka w płacie Sarah Chapman
Otrzymałam w prezencie od Hexxany, za co ogromnie dziękuję! Maska ta obejmowała linię żuchwy oraz szyję i z tego, co rozumiem, ma za zadanie wygładzać, napinać i modelować. Nasączona jest między innymi kolagenem, proteinami, kwasem hialuronowym, algami, witaminą C, wodą różaną i rumiankową. Maseczki w płacie są teraz bardzo popularne, wcale się nie dziwię. 15 minut z tą maseczką to była czysta przyjemność (oczywiście przed wykonałam peeling enzymatyczny skóry twarzy, szyi i dekoltu), po której od razu zaobserwowałam korzystne zmiany. Przede wszystkim rozjaśniona, uspokojona i napięta skóra. Maska jest tak solidnie nasączona, że śmiało tym, co pozostaje można nasączyć jeszcze maskę w tabletce i zaaplikować na skórę twarzy. Chętnie sięgnę po inne maseczki w płacie. 

Serum pod oczy Be Organic
To już drugie opakowanie  recenzja, które zużyłam do końca i w dalszym ciągu jestem zadowolona z jego konsystencji, działania, opakowania, pojemności i ceny. Nie było dnia/wieczora bym go nie zastosowała, mogłam położyć się bez kremu na twarzy, ale serum pod oczy i na powieki musi być! Moje opadające powieki trzyma w ryzach! Dzięki czemu jest moim niekwestionowanym ulubieńcem, do którego będę wracać. Moja ciekawość popycha mnie teraz w inne rejony i chcę na spróbować czegoś nowego. Czekałam tylko, aż wyzdrowieję by pójść po krem Lavera z koenzymem Q10 i właśnie to dziś uczyniłam. Dostałam  od Fiolki (mam nadzieję, że wrócisz do pisania) próbki kremu do twarzy masło kakaowe & kwas hialuronowy 2 x 2 ml , które zabrałam ze sobą na weekendowy wyjazd do Irlandii. Próbki są bardzo wydajne, bo zużyłam podczas 3 dni tylko 2 ml (opakowanie wyrzuciłam), a druga wróciła ze mną do pl. (na zdjęciu). Ten krem bardzo dobrze nawilża skórę twarzy, dla mojej cery mieszanej z tendencją do przetłuszczania czasami aż nadto. Lepiej się sprawdzi dla osób, których cera jest bardziej sucha, normalna. Lub po zabiegach złuszczania np. kwasami, które właśnie sobie robię, bo jest ostatni dzwonek na tego typu zabiegi. W tym miejscu chciałabym też polecić mleczko do demakijażu Be Organic recenzja, bo to jedno z lepszych mleczek, które stosowałam.


Następna kategoria to pielęgnacja ciała.
Brązujące czekoladowe masło do ciała Oragnique 
Stosowałam równocześnie/naprzemiennie z serum z tej serii recenzja. Polubiłam je i chyba właśnie dzięki tej serii, moje ciało ma jeszcze co nieco koloru z ubiegłego roku, bo wcale nie byłam jakoś mocno opalona. Otulający, słodki zapach preferuję bardziej na jesień/zimę i być może właśnie wtedy do niego powrócę. Tymczasem w mojej łazience gości kolejny balsam Organique. Mówiłam już, że lubię tę markę?

Olejek voluplus
Wcześniej skórę biustu przyznaję się, traktowałam trochę po macoszemu. Odkąd odkryłam ten olejek recenzja, zmieniłam swój stosunek do tej części ciała. Widziałam wymierne efekty przy wcale nie takim regularnym używaniu, bo co 2-3 dni, a jednak! Biust był, a właściwie jeszcze jest pełniejszy, skóra bardziej napięta, przyjemna w dotyku. Opróżniłam 10 gramową fiolkę (w ok. 4 m-ce) na początku marca i planuję zakupić ponownie, w celu podtrzymania efektów. Nie wiem jeszcze, czy dodam tym razem do innego oleju, czy dalej będę stosować w czystej postaci. Na pewno Cię o tym poinformuję na łamach bloga albo social mediach, z których korzystam: facebook/instagram

W tej kategorii znajdują się też kosmetyki stosowane przez mojego męża, ale nie chcę ich pominąć.
LR - aloe vera cream with propolis 
Ponieważ ilość zużytych opakowań (3x 100 ml) sama świadczy o tym, że jest to dobry kosmetyk, dla osób cierpiących z powodu łuszczycy. Ja również stosuję go od czasu do czasu na przesuszoną/alergiczną skórę ramion. Krem w swoim składzie zawiera aż 79% aloesu, wosku pszczelego, ekstraktów ziołowych i wit. E. Przyznaję, że początkowo sceptycznie byłam nastawiona do całej marki, sprzedaż na zasadach konsultantek/członkostwa itd. Skoro krem pomagał, to kupiłam kolejny i kolejny. Krem ma konsystencję gęstej śmietanki, dobrze się rozsmarowuje po skórze, pozostawia lekki film, znikający w ciągu dnia/nocy. Mąż stosował głównie na istniejące już łuski na piszczelach, łokciach, kostkach i bardzo żałuję, że nie zrobiłam zdjęć przed i po. Białe łuski schodziły, przez nawilżenie nie pojawiały się nowe. Nie spowodowało to jednak usunięcia wykwitów skórnych w 100%, pozostawały zaczerwienione miejsca, aczkolwiek to stan nieraz o wiele lepszy niż w przypadku sterydów. Obecnie stosuje inny krem z kwasem salicylowym oraz mydło dziegciowe, ale prawdopodobnie ten krem kupimy ponownie. 
Dla zainteresowanych skład:  Aloe Barbadensis Leaf Juice, Coco-Caprylate/Caprate, Glycerin, Cera Alba (Beeswax), Ethylhexyl Stearate, C10-18 Triglycerides, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Dimethicone, Olus (Vegetable) Oil, Phenoxyethanol, Propylene Glycol, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, PEG-75 Stearate, Squalane, Tocopherol, Steareth-20, Ceteth-20, Parfum (Fragrance), Ethylhexylglycerin, Allantoin, Propolis Extract, Polysorbate 60, Symphytum Officinalis Root Extract, Lactic Acid, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Hexyl Cinnamal, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract, Limonene, Potassium Sorbate, Citric Acid, Butylphenyl Methylpropional, Sodium Benzoate, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Citronellol, Alpha-Isomethyl Ionone, Linalool, Geraniol, Benzyl Benzoate, Beta-Carotene




Fluidu BB skin detox Clarins
Kolorówka to kategoria z której zużywanie kosmetyków zajmuje najwięcej czasu. Jest to w większości przypadków bardzo przyjemny czas, pod koniec trochę irytujący, lecz przy wyduszeniu ostatniej porcji odczuwam tęsknotę. Tak było w przypadku fluidu/kremu BB w odcieniu 00 fair (40 ml) recenzja i swatche. Stosowałam go w ubiegłym roku wiosną i latem, spf 25 było dla mnie wystarczające, ponieważ w dzień w jednym ciągu przebywam zaledwie 20-30 minut (max. 60 min) na świeżym powietrzu. Gdy celowo jechałam na działkę czy na plażę oraz na dłuższe wybiegania stosowałam spf 50. Fluid ten stosowałam również jesienią i zimą, gdy chciałamby moja skóra wyglądała nieskazitelnie. Daje większe krycie niż minerały i nigdy nie zawiódł mnie pod względem trwałości, a z minerałami bywa różnie. W jego zastępstwo kupiłam pielęgnacyjny koloryzujący krem BBB - Naturative, ale jak na razie powstrzymuję się przed wyrażeniem opinii. 

Sephora - korektor cieni pod oczami 
Odcień 06 beige clair (2,5 ml). Bardzo dobry korektor, jeżeli chodzi o poziom krycia, konsystencje, zastyganie na skórze. Chętnie pokażę jeszcze w innym poście zastosowanie na skórze, ponieważ mam kolejną sztukę, dobrze współpracuje z podkładami wodoodpornymi Make-Up Atelier Paris. Stosuję do makijażu pro, na większe wyjścia, a porównywałabym go do MAC - prolongwear

MAC - patent polish lip pencil 
Miniatura 1g, odcień fearless, to również prezent od Hexxany, jak widać mocno trafiony kolorystycznie, bo używałam dzień w dzień przez okres ponad 2 miesięcy. Pomadka w formie kredki miała pół transparenty odcień, satynowy, nie przesuszała ust nawet po kilku godzinach noszenia. I ten przyjemny waniliowy zapach <3 klasyczny dla pomadek MAC. 

Tisane - balsam do ust 
Nie przepadam za formą słoiczka (4,7 g) , ale Tisane pod tą postacią jest bardziej treściwe niż w przypadku sztyftu. Słoiczek miałam zawsze ze sobą w samochodzie, dzięki czemu mogłam szybko nawilżyć/natłuścić usta, szczególnie zimą, inaczej obgryzłabym suche skórki w trakcie jazdy, co jest opłakane w skutkach. Dobry produkt, choć nieidealny. Zapach ciasteczkowo-waniliowy? Umilał stosowanie. Obecnie w samochodzie mam sztyft, lecz na śmierć nie mogę przypomnieć sobie jego nazwy!


Ostatnia kategoria to higiena, uff idzie mi łatwiej, niż myślałam.
CD dezodorant lilia wodna 
To drugi kosmetyczny bubel  Zużyłam zaledwie 1/3 opakowania (50 ml), męcząc się przy tym koszmarnie. Idea sama w sobie bez soli aluminium i parabenów jest super i znajdzie grono odbiorców. Czy zadowolonych, czy tak jak ja nie, to się dopiero okaże? Na plus opakowanie z kulką, które jest bardzo proste i przyjemne w aplikacji. Dalej już same minusy, zaczynając od uderzającego w nozdrza zapachu alkoholu i lili wodnej kojarzącej mi się niestety z zapachem apteki mieszczącej się w szpitalu, której jako dziecko byłam niestety częstym pacjentem. Myślałam, że zapach z czasem się ulotni, ale towarzyszy on mi do momentu pierwszego spocenia, później czuć niestety nieprzyjemny zapach potu. Wiem, że dezodoranty nie hamują wydzielania potu, jestem w stanie się z tym pogodzić. Ich zadanie to neutralizowanie tych nieprzyjemnych zapachów, które powstają podczas rozkładu potu przez bakterie itd. Biorąc pod uwagę fakt, że dezodorantu używałam zimą, strach pomyśleć co działoby się wiosną/latem przy wyższych temperaturach za oknem. Niestety zaliczam się do osób z większą niż przeciętna potliwość, więc szukam dalej. Tymczasem stosuję dezodorant Schmidt's recenzja, pamiętając o zmywaniu go codziennie wieczorem oraz robieniu przerw w luźniejsze dla mnie dni.

LR - aloe vera sensitive tooth gel
O pastach do zębów miałam nie pisać i nie zawsze tutaj pokazuję, aczkolwiek muszę wspomnieć o paście o tej paście (100 ml), bo nie jest to pierwsza, ani ostatnia tubka w naszym domu. Pasta zawiera 40% aloesu, nie jest smaczna ani niesmaczna, co czasami zdarza się w przypadku past naturalnych, czy tych przeznaczonych dla osób z paradontozą. Nie wiem czemu, ale mnie czasami męczą afty (niewielkie bolące owrzodzenia wewnątrz jamy ustnej), szczególnie przy górnej trójce, być może dlatego, że jest lekko skrzywiona. Mam też i zawsze miałam bardzo wrażliwe, krwawiące dziąsła. A przy tej paście momentalnie doznaję ulgi, afty znikają, nie pojawiają się nowe. Dlatego też będzie na stałe w mojej łazience, chyba że znajdę coś innego, bo nie ukrywam, że próbuję też innych rozwiązań. 
Skład: Aloe Barbadensis Leaf Juice, Calcium Carbonate, Glycerin, Sorbitol, Potassium Chloride, Silica, Sodium Monofluorophosphate, Cocamidopropyl Betaine, Hydroxyethylcellulose, Aroma (Flavor), Sodium Saccharin, Sodium Hydroxide, CI 42090 (Blue 1), CI 19140 (Yellow 5)
Mydło do włosów Pięć przemian 
Zakupiłam już po raz trzeci, recenzja  pojawiła się już na blogu, a ja swoje zdanie podtrzymuje. Skoro robi wszystko to, co powinno, nie zamierzam go na razie zmieniać. Mydło zabrałam również ze sobą na weekend w Irlandii, a że to kostka, nie było problemu z odlewaniem/przelewaniem płynów by zmieścić do bagażu podręcznego. Zachęcam do wypróbowania, bo ma bardzo prosty skład, niską cenę, przyjazne dla środowiska papierowe opakowanie a w razie, gdyby się nie sprawdziło, zawsze można zużyć do mycia ciała czy dłoni.

Biały jeleń - mydło w kostce z lnem
Dwie kostki (100 gram/szt.) nie załapały się na zdjęcie, ale używaliśmy do mycia ciała. Zwykłe i łatwo dostępne. Co tu się więcej rozpisywać. 

To już na dziś koniec, dajce znać czy wolicie mniejsze denka takie 3-5 produktowe częściej, czy rzadziej, takie obszerne jak teraz? I czy znacie, któryś z używanych przeze mnie kosmetyków?