1 mar 2016

Budżet domowy | Ile w lutym wydaliśmy na żywność dla 2 osób?

ile kosztuje miesięczne wyżywienie dwóch osób

Od wielu miesięcy zapisywałam wszystkie wydatki, czasami bardzo dokładnie innym razem trochę mi się nie chciało i nie wszystkie pozycje zostały wpisane do arkusza. Jednak nigdy szczegółowo nie przyglądałam się wydatkom związanym z żywnością, w myśl z zasady "że na jedzeniu oszczędzać nie będę, bo to zdrowie". A wcale nie zawsze podejmowałam wyłącznie mądre decyzje żywieniowe, czasami w pośpiechu kupowałam gotowce, by na szybko zapełnić żołądek. Często, chociaż już coraz rzadziej kupowaliśmy za dużo i jedzenie po prostu się marnowało, bo nie zdążyliśmy zjeść przed terminem ważności lub zanim owoce/ warzywa pokryła pleśń. Wtedy najbardziej bolało mnie to, że wyrzucam pieniądze do kosza!

W tym roku chcę być jeszcze bardziej świadomym konsumentem i chcę wiedzieć dokładnie ile na co wydaję i gdzie znikają nasze (mowa tu o dwu osobowej rodzinie) pieniądze? Z racji nietolerancji laktozy już od kilku miesięcy skrupulatnie czytam składy, zainteresowałam się bliżej weganizmem i wcielam w życie żywienie roślinne również mojego małżonka.

Wspominałam już, że mąż w lutym podjął się wyzwania, chciał schudnąć, a ja mu w tym pomagałam. Robiłam wszystkie spożywcze zakupy, planowałam i przygotowywałam każdy posiłek, oraz doradziłam mu co ma wybierać do jedzenia podczas kilkudniowej delegacji. W efekcie mąż schudł już 8 kg = około 6 cm w pasie i innych miejscach ciała. A ja dzięki temu miałam jeszcze lepszy ogląd na to ile rzeczywiście wydajemy na jedzenie. I nad czym jeszcze można popracować, by było taniej, nie tracąc na jakości produktów spożywczych.
W lutym wydaliśmy 837 zł ja jedzenie zakupione w sklepach (Tesco, Biedronka, osiedlowych sklepikach i warzywniaku) oraz 100 zł na jedzenie na mieście (60 zł+10 zł napiwku w wegańskiej knajpie na niedzielnym obiedzie z napojami, 30 zł na kawie z przyjaciółką i wegańskim deserze). O weganizmie piszę nie po to by kogoś urazić czy na siłę przekonywać do zmiany dotychczasowych nawyków. Ale po to by zwrócić uwagę, że takie jedzenie nie musi być wcale droższe od "normalnego". 
Trzy niedzielne posiłki zjedliśmy u rodziców, za które nie płaciliśmy, ale oczywiście w lodówce i "spiżarce" znajdują się jeszcze produkty spożywcze z których mogę zrobić jeszcze kilka dań. 
Przez kilka dni gościliśmy 13 letniego bratanka, któremu oczywiście też daliśmy zjeść;) 
A przez 4 dni w lutym mąż stołował się poza domem będąc w delegacji. Na szczęście w hotelu w którym przebywał w koszt pobytu wliczone było śniadanie w formie szwedzkiego stołu i obiado-kolacja. Hotel oraz lunch zamówiony w pracy był na koszt firmy, więc nie musiał małżonek ponosić dodatkowych kosztów. 

Wiele, wiele przygotowywałam w domu od podstaw, od robienia past do kanapek, przez komponowanie mieszanki orzechów, musli, sałatek, zup, sushi czy innych bardziej skomplikowane dań jak lasagne. Gotowanie w domu przeważnie wyjdzie taniej od jedzenia na mieście, a do tego wiemy co dokładnie znajduje się na naszym talerzu. 

Oczywiście powoli poszerza się lista sprawdzonych, ulubionych, szybkich i tanich przepisów. Co w przyszłości może ułatwić komponowanie tygodniowego menu (jeszcze nie opanowałam tej sztuki), ale odkąd nie jadam mięsa, a mąż je go niewiele uczę się gotowania od nowa. Umiem zaplanować posiłki na 2-3 dni z góry a to już sukces. 

Zawsze podczas komponowania listy zakupów w pierwszej kolejności kieruję się tym, co już w domu się znajduje. Czy mamy ryż, kaszę, makaron i jakimi warzywami, owocami itd. dysponujemy. Co można już ugotować z tego co jest, a co trzeba dokupić. Przykładowo:
a) mając brokuła mogę zrobić z niego zupę krem, ale muszę dokupić por więc wpisuję go na listę
b) puszka pomidorów, oliwki, makaron - będzie spaghetti, można dokupić kapary dla podkręcenia smaku, ale bez też się obejdzie

Skoro mowa o listach zakupów, to lądują na niej niezbędne produkty do przygotowania śniadań, obiadów, kolacji. Zawsze pozostawiam sobie wolność w wyborze owoców i warzyw dodatkowych, w zależności od tego co akurat będzie w sklepie, bo tutaj ogromne znaczenie ma sezonowość. 

Im prostsze przepisy tym lepiej, gotowanie roślinne jest takie proste, bo warzywa mają już same w sobie dużo smaku, który odkryjesz dopiero, gdy zrezygnujesz z nabiału i mięsa. Małżonek oczywiście spożywa jeszcze serki wiejskie ok. 3 sztuki w tygodniu, czasami zje ser, wędlinę czy porcję mięsa, ale znacznie mniej niż w ubiegłych miesiącach. 

W swoim teraźniejszym gotowaniu stawiam na jak najmniej przetworzone produkty, zaczęłam już nawet kupować ciecierzycę w większych woreczkach, moczę ją na noc lub w ciągu dnia, później gotuję i przygotowuję samodzielnie hummus zamiast kupować gotowy. Tak też ograniczam ilość tworzonych śmieci (plastików, puszek) czy chemii dodawanej podczas produkcji jak np. konserwanty czy wzmacniacze smaku. Ale również pieniądze! Powinnam też zacząć w tej formie kupować fasolę, bo jadamy ją regularnie. A może w sezonie zrobić własne krojone pomidory i przechowywać je w słoikach? Pomidorów też spożywamy dużo... Oczywiście to na razie tylko plany. 

Na razie skupiłam się na porównaniu cen często kupowanych przeze mnie produktów w sklepach, które mam najbliżej domu. I tak najczęściej idąc na zakupy wchodzę do 2-3 sklepów. Więc dobrze wiedzieć, gdzie wspomniane już pomidory/ fasola/ oliwki/ makaron/ oliwa itp. są tańsze. Tańsze nie znaczy gorsze jakościowo - zawsze czytam skład i jeżeli mogę wybrać produkty z krótszym składem z mniejszą ilością dodatków to go kupię, nawet jeżeli okaże się droższy. Ale zdarza się i tak, że w tańszej i droższej marce również znajdzie się dodatek cukru czy soli itd. To po co przepłacać nawet 2-3 zł na sztuce, tylko dlatego, że produkt należy do marki reklamowanej w tv? 

Na podstawie paragonów z lutego stworzyłam listę produktów i ich cen w telefonie komórkowym. Tak by mieć ją zawsze przy sobie i szybko móc porównać, czy dany produkt kupić tu czy może w drugim sklepie. Oczywiście mowa tu tylko o sklepach z mojego najbliższego otoczenia. Nie zamierzam jechać przez pół miasta bo tam jest coś taniej o kilka groszy, bo wtedy trzeba ponieść również koszt transportu. Dopuszczam taką ewentualność w przypadku, gdy i tak jadę do miasta w innych sprawach, a wiem, że mogę kupić tam przy okazji taniej np. mleko roślinne. Na mojej liście nie znajdują się świeże owoce i warzywa - te produkty potrafią swoją cenę zmieniać codziennie. 

Kupuję na zapas produkty w promocji, te które mają długi termin ważności i regularnie zużywam. Znowu uczepię się tych pomidorów w puszce, to dla mnie mega wygodne rozwiązanie na szybki i zdrowy obiad i nie widzę przeszkód by w czasie promocji nie kupić 2-3 sztuk więcej na później. 
Początkowo szacowałam, że wydajemy około 1000-1200 złotych na miesiąc, zmieściliśmy się w tych założeniach. Nie wiem czy to dużo czy mało? Ale nie mam porównania z innymi, może podzielisz się swoim doświadczeniem? Może masz jakieś rady?  
Wiem, że ta suma może też ulec zmianie w kolejnych miesiącach. Może nauczę się jeszcze lepiej planować posiłki i zakupy? Może podczas wakacyjnych wyjazdów będziemy częściej jadać na mieście?  
Luty był miesiąc eksperymentu, mam nadzieję, że w kolejnych miesiącach podejdę do tematu równie entuzjastycznie jak teraz. Dzięki czemu uda nam się mądrzej kupować żywność, mniej marnować. Określić ile w rzeczywistości potrzebujemy pieniędzy na podstawowe miesięczne wydatki, by z wyprzedzeniem planować budżet domowy, a nawet zwiększyć w ten sposób oszczędności. 
Moja Sis zdradziła mi przed chwilą, że oni (też we dwoje) wydają ok. 600 zł miesięcznie na posiłki przygotowywane w domu. Ona jest mistrzynią w planowaniu tygodniowych posiłków, spożywają mięso (na obiad średnio 4 razy w tyg.), a nawet samodzielnie piecze chleb/bułki czy robi wędliny. Jedzą na mieście 4-6 razy w miesiącu, ale nie przekraczają sumy 300 zł. Plus ok. 200 zł przeznaczają na słodycze (bo lubią), ale Sis zrezygnowała z jedzenia chipsów i coraz częściej sięgają podczas zakupów po bakalie. 

Zapomniałam dodać, mieszkamy w Gdyni, gdzie według statystyk z 2012 roku jest ok. 250 tys. mieszkańców. Piszę o tym by jeszcze lepiej uświadomić naszą sytuację rynkową, tu mogą ceny żywności różnić się od innych mniejszych miast, ale będą też niższe niż w stolicy. 

A Ty?

69 komentarzy:

  1. ja kupuję jedzenie tylko dla siebie i w tym miesiącu wydałam około 400zł, muszę monitorować wydatki przez kilka następnych miesięcy żeby zobaczyć czy będą większe różnice
    Justyna

    OdpowiedzUsuń
  2. ja na studiach wydaje 400zl na miesiąc na tzw "zycie", na jedzenie mysle ze z 350 , nie wiem czy to duzo czy mało :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że skromnie;) Chociaż moja Sis jak mieszkała sama to też na jedzenie wydawała ok. 300 zł. Ale wiadomo, że jak się jest samemu to się je trochę inaczej niż we dwoje, jak jestem sama to nie zawsze chce mi się robić pełny posiłek, czasami zadowolę się ryżem z tartym jabłkiem;)

      Usuń
  3. 1000 zł na jedzenie wydają moi rodzice dla 4 osób. Ja mieszkając sama wydaję 300, max 400 zł na jedzenie, a nie oszczędzam i nie kupuję najtańszych rzeczy, także myślę, że ok 1000 zł na 2 osoby to sporo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To podziwiam Twoich rodziców - to pewnie lata doświadczeń w planowaniu zakupów i posiłków, czego ja się dopiero uczę:) My do tej pory też nie oszczędzaliśmy, luty był eksperymentem ile wydajemy, a kolejne miesiące pokażą czy umiemy wydać mniej nie tracąc na jakości. Hm są produkty które kupujemy drogie np. mleko roślinne za 10-12 zł, co na pewno wychodzi o kilka złotych więcej niż w przypadku osób, które spożywają zwykłe mleko itd. Dopisałam jeszcze, że mieszkamy w dużym mieście, gdzie jest ok. 250 tys. mieszkańców, więc ceny też będą wyższe niż w mniejszej miejscowości, ale dalej niższe niż u mieszkańców stolicy.

      Usuń
    2. co do mieszkania w dużym mieście to faktycznie ceny są różne, najbardziej widzę to po cenie usług... jak jadę do rodziców na kilka dni zdarza się, że umawiam się tam do fryzjera, kosmetyczki, bo płacę połowę, tańszy jest szewc, zegarmistrz... tam wynajem mieszkania jest o połowę tańszy, jak pytałam ile moje koleżanki 'po fachu' płacą za stancję to mi szczęka opadła...

      i szczerze frustruje mnie, że stolica ma wyższe stawki pensji, bo
      w gdańsku tanio też nie jest ;)
      pracując na cały etat, nie zarabiając najniższej krajowej, nie stać mnie na wynajem czegokolwiek innego niż pokój... o kawalerce można zapomnieć, najtańszą znalazłam za 1050 zł po znajomości, a tak to 1200-1300 zł... więc nie starczyłoby mi na jedzenie i inne wydatki typu opłata za telefon, multisport itp :D

      musiałam wyrzucić swoje frustracje na ten temat :D :D :D

      Usuń
    3. Tak to jest niestety. W większym mieście może i zarabia się więcej, ale więcej też wydaje na życie.
      Samemu na najniższej krajowej chyba w trójmieście wynajmując tylko dla siebie mieszkanie to się nie da:/

      Usuń
  4. Wiele z zasad podanych przez Ciebie stosuję, jednak po pewnym czasie zrezygnowałam z takiego rozliczania wydatków co do grosza. Nie służyło mi to, czułam się zestresowana i ograniczana. Teraz ciągle dbam o to, by nie przepłacać za jedzenie, kontroluję wydatki wyłącznie "z grubsza" ale już bez kalkulatora w ręku. Przy okazji, zauważyłam, ze mój system robienia hurtowych zakupów raz w tygodnu w supermarkecie ma jedna wadę: gdy rachunek jest długi, a pakowania dużo,to trudno jest skontrolować czy wszystko zostało prawidłowo naliczone przez sklep, zresztą kasjerki też uwijają się jak w ukropie. Później zawsze znajdę na rachunku przynajmniej jedną cenę inną, niż ta obiecana umieszczona na półce. Raz nawet zaraz po odejściu od kasy złapałam błąd - za orzechy włoskie nabito mi cenę o 6 zł wyższą. Niestety, orzehy nie chciały dać się znaleźć, nawet nie pamiętałam, do której z czterech toreb je wrzuciłam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie na szczęście nie stresuje, nie ogranicza. Nie rozdrabiam się na szczegóły typu ile wydaliśmy na chleb ile na wędlinę itd. Szczegółowo przyglądam się tylko tym produktom, których cena jest raczej stała w stosunku kilku miesięcy/roku, by na nich ewentualnie zaoszczędzić;)

      Ja nie umiem robić takich wielkich hurtowych zakupów, z obawy, że tego wszystkiego nie przejemy, że coś się zmarnuje. I tak jak mówisz, można pogubić się z tym całym paragonem. Jeśli już korzystam w Tesco z kasy samoobsługowej i idzie mi to całkiem sprawnie i mogę przy każdym produkcie sprawdzić, czy cena się zgadza, szczególnie wtedy, gdy wydaje się jakaś kosmicznie duża, a pamiętam, że miało być mniej.

      Usuń
  5. Zmobilizowałaś mnie aby ... liczyć:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mam nadzieję, że za jakiś czas podzielisz się swoim odkryciem:)

      Usuń
  6. Przez kilka ostatnich miesięcy zapisywalam jakie produkty spożywcze kupujemy i średnio wydajemy około 800 do 1000 zł na 2 osoby + regularne wizyty 2 osób co kilka dni ☺️ mam w głowie kilka pomysłów w jaki sposób wydawać na jedzenie ale muszę je przetestować 😉 Serdecznie pozdrawiam ☺️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to podobnie do nas:) Testuj i koniecznie daj znać co i jak! Pozdrawiam!

      Usuń
  7. Czasami robię tego typu eksperymenty i zapisuję swoje wydatki, ale nie chcę robić tego regularnie, żeby nie popaść w paranoję. Jeśli chodzi o pomidory, to też bardzo je lubię, ale staram się kupować takie w kartoniku ze względu na kontrowersje związane z bisfenolem (choć generalnie należę do tych ludzi, którzy jak za dużo poczytają o zdrowym odżywianiu, to dochodzą do wniosku, że takie odżywianie jest niemożliwe, chyba że żyjesz z dala od cywilizacji i sam uprawiasz swój ogródek).

    A że warzywa mają dużo smaku to odkryłam nawet bez rzucania nabiału i mięsa. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oo a ja nie pomyślałam o tych w kartoniku, tzn. czasami takie kupuję ale z ich dostępnością trochę gorzej. Pomidory latem hoduję na balkonie - te koktajlowe wychodzą najsmaczniejsze, bo normalne duże okazy nie zawsze zdążą dojrzeć tak jak bym tego oczekiwała w krótkim czasie.

      To dobrze, mówię o przypadku, gdy mój mąż nawet sałatę z kanapki wyciągał:P

      Usuń
  8. Dla mnie bardzo mało, na dwie osoby wydajemy ok 2000. Ale jemy dużo owoców, odkąd mamy wyciskarkę to kupujemy ich jeszcze więcej, podobnie jak warzyw. Ja jem dużo orzechów, kupujemy tez relatywnie drogie sery i suszone dlugodojrzewajace wędliny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas też królują warzywa i owoce, orzechy regularnie kupuję w formie mieszanek albo mieszam samodzielnie rodzaje jakie lubimy. Mąż zawsze do pracy zabiera owoce lub warzywa pocięte w słupki + orzechy jako przekąskę ;) Ale sery i wędliny to ostatnio jedynie z 5 plasterków na tydzień, bo ja nie jadam serów z racji nietolerancji laktozy, a wędliny odstawiłam razem z mięsem.

      Usuń
  9. Super, że tak szczegółowo dzielisz się swoimi wydatkami na jedzenie. My wydajemy więcej, ale mamy 4-osobową rodzinę. Dochodzą też spore wydatki drogeryjne dla dzieci (mleko, kaszka, pieluchy, chusteczki nawilżające, specjalne płyny do prania i płukania itp.). Miesięcznie stanowią niestety dość dużą część mojego budżetu. Staram się więcej i lepiej planować zakupy, m.in. kupując warzywa raz na tydzień i starając się już nie dokupować w trakcie. Ale bywa różnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, na pewno przy 4 osobowej rodzinie i przy posiadaniu dzieci będzie to wyglądać inaczej;)
      Co do prania, to wkrótce zacznę używać ekologiczne kule piorące, przy nich nie ma potrzeby już stosować żadnych płynów do płukania i takie kule wystarczają na 1000 prań:) więc mam nadzieję i na tym nieco przyoszczędzić w przyszłości:)

      Usuń
    2. Ja tez mam czteroosobowe rodzinę, najmłodsza córka ma 3 latka. Nie kupuje płynów do płukania, używam sam proszek. Wcześnie kupowałam Dzidziuś i praw nim ubrani całe rodziny. Teraz kupuję żel ekonomia w sklepie, a jak nie ma toproszek Visir Sensitive. sklad ma ok i jest delikatny. Tak wychodzi taniej. A płyny do płukania uważam za zbędne tym bardziej,że córcia jest alergikiem.

      Usuń
    3. Zapraszam Cię do zapoznania się z nowym wpisem o ekologicznym sprzątaniu:) Tam opisałam całą swoją przygodę z eko praniem. Dziękuję też, że dzielisz się swoimi "patentami", też uważam, że płyn do płukania jest zbędny i jako nastolatkę też mnie uczulały.

      Usuń
  10. Aż z ciekawości zajrzałam do swojego bilansu i u mnie też wychodzi około 1000 zł miesięcznie na pożywienie dla dwóch osób. Wiem, że mogłabym z tej kwoty jeszcze zaoszczędzić jakieś 200 zł, ale niestety mój partner nie daje się przekonać, żeby zabierać ze sobą posiłki do pracy. Doskonale wie, że tego co sobie kupuje nie dostałby ode mnie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz;) No popatrz, mój mąż akurat jak ja mu przygotowuje posiłki również do pracy to na pewno je lepiej niż sobie kupował, kupował przeważnie jakiegoś pączka/drożdżówkę i kanapki. Więc zyskuje na tym, że przygotowuje mu posiłki, a i wychodzi to taniej w miesięcznym rozrachunku.
      Ale tak jak pisałam, przygotowywanie przez Ciebie posiłków byłoby i z Twojej strony pewnego rodzaju poświęceniem, na które musicie mieć obustronne chęci:)

      Usuń
  11. Inspirujesz! Generalnie myślę o sobie, że jestem świadomym konsumentem itp. ale niestety zdarza mi się wywalić zwiędniętą marchewkę, czy inne warzywo :( Serce wyje z bólu. Pomyślę nad liczeniem ile wydajemy na jedzenie. Poinformuję pod tym postem co z tego wyszło. Ja wege ludek, partner mięso ludek zobaczymy co wyjdzie z tej wyliczanki. Jestem tego bardzo ciekawa :-) Pozdrowienia i dziękuję za ten wpis :-) n. c. Anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie czekam na opis Twoich doświadczeń! :)

      Usuń
    2. Cześć, nie jest u mnie aż tak źle! Myślałam, że po przeliczeniu na złotówki będzie to miesięczna oszałamiająca kwota, ale nie ma tragedii około 1200 zł na dwie osoby w tym sporo alkoholu. Mam nad czym pracować i teraz może być już tylko lepiej! Dziękuję Ci bardzo! n. c. Anna

      Usuń
  12. fajny wpis, lubie Cię czytać :) my w dwójkę wydajemy ok. 2000zł ale myślę że w tej kwocie jest też kocie żarcie dla dwóch brytków, nie jestem pewna ;) niestety będę musiała przeorganizować swoją dietę z powodu nietolerancji laktozy, glukozy i jeszcze nie wiadomo czego - wiesz coś na ten temat, możesz podpowiedzieć czy to droższa dieta/trudniejsza do opanowania? jestem przerażona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój kocur miesięcznie kosztuje ok. 70 zł, tak mi wyszło z rocznych wyliczeń karmy, żwirku, wizyt u weta.

      Laktozy nie jadam więc bazuję na weganizmie, ale jak to jest z glukozą to ciężko mi określić bo nie mam o tym pojęcia, trzeba by zgłębić temat. Drożej nie koniecznie, trudniej na początku na pewno, ale wejdzie Ci to w krew i będzie dobrze!

      Usuń
  13. Świetny wpis - mam nadzieję na dalszą część eksperymentu! :) "Im prostsze przepisy tym lepiej" - zgadzam się w 100 %, a hummus ze sklepu jest według mnie beznadziejny. Nie może się równać z tym domowym.
    Miałam niedawno epizod beznabiałowej diety (z uwagi na wysypki Juniora) i wcale nie miałam problemów z kompozycją posiłków :) Warzywa przede wszystkim. Ale żeby budżet nie ucierpiał to trzeba "się przeprosić z tymi mało atrakcyjnymi" (wszystkie korzeniowe i bulwiaste). I warto żyć w zgodzie z kalendarzem sezonowym :)

    U nas w lutym (wyjątkowo!) 500 zł na jedzenie domowe, 100 na mieście, 100 na alkohol, 50 zł na śmieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heheh mi hummus sklepowy nawet nawet smakuje, ale to nie to samo co domowy, po za tym taki domowy wystarczy zrobić raz na kilka dni dużą porcją i można jeść do bólu, również z warzywkami pokrojonymi w słupki ;)
      Nie wszystko co brzydko wygląda jest niesmaczne i na odwrót to co atrakcyjne nie koniecznie dobre. Smakowałam chyba w lutym a może w styczniu liczi i kompletnie mi ten mydlany smak nie podchodzi.

      Widziałam, świetnie Wam poszło, w sensie, że tak mało:) Ja w swoich wyliczeniach nie wpisywałam alkoholu chociaż wiem, że ja kupiłam wyłącznie dwa wina więc ok. 40 zł. Mąż kilka piw, ale i tak ograniczył picie piwka z racji diety do góra 2 na wieczór i oczywiście u nas panuje zasada, że alkohol ok. - ale w weekend;)

      Usuń
  14. właśnie sprawdziłam w pliku ile wydajemy na zakupy, jest to średnio 900 zł - 1000 zł, ale olśniło mnie, że to nie jest wiele, patrząc na to, że co w tym zawiera się też chemia do domu...
    mniej się chyba nie da, ograniczać tego nie chcę, swoje zachcianki spełniam oczywiście w ramach rozsądku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobrze Wam idzie;) Bo wiem, jak taka chemia nieraz bywa kosztowna, niby nic tu papier tam płyn a kasa leci...

      Usuń
  15. Uwielbiam Twoje wpisy :). Gratuluję dla męża suksesów w odchudzaniu. Ja właśnie jestem przed analizą wlasnego budżetu, mam nadzieję, że będzie lepeij niż w styczniu. Już niedługo na blogu :).
    Pozdrawiam serdecznie Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję w swoim i jego imieniu:) W takim razie czekam i wypatruję! Pozdrawiam

      Usuń
  16. Myslę, że mieścicie się w Średniej wydatków spożywczych ;) Moj budżet spożywczy waha sie w granicach 400-500 zł na jedna osobę, a wcale nie jem tak zdrowo jak wy. U mnie dalej sporo chemii i konserwantów, ale z tygodnia na tydzień idzie mi lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uff to nie jest z nami tak źle:) Planuj z wyprzedzeniem chociaż 2-3 dni, to będzie Ci łatwiej uniknąć przetworzonego jedzenia:)

      Usuń
  17. nam bliżej do wydatków Twojej siostry, przy czym na mieście wydajemy stanowczo mniej. dziele się tym na swoim blogu. pomysł z listą w telefonie świetny. musze go wprowadzić w życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie, na pewno zainteresuję się bliżej Twoim bilansem;)
      Taka lista mocno ułatwiła mi życie, tworzę ją w najzwyklejszych notatkach i w razie potrzeby można ją szybko edytować.

      Usuń
  18. Czesc! Chciałam napisać parę słów o tym "słoikowaniu" przetworów. Moja mama całe życie robi przetwory co nie raz w latach wczesniejszych mnie irytowało, ponieważ kto musiał latać z tymi słoikami pełnymi do piwnicy a potem puste znowu przynosić? Ja, bo nie miałam rodzeństwa. Ale teraz gdy jestem starsza i troszke mądrzejsza uważam to za świetny pomysł. Np. buraczki kupne nie smakują mi jak te mamine, papryka oczywiście też świetna, kompocik najlepszy itp. Sama nie robię z warzyw i owoców przetworów, chociaż ostatniej jesieni się skusiłam i ugotowałam za dużo leczo, więc do słoiczka i do piwnicy. I takie smakuje najlepiej, bo z sezonowych pomidorów i papryki. Moja mama "słoikowała" pomidory i potem z nich robiła zupę pomidorową ale taką warzywna z ziemniaczkami. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jako dziecko niektóre czynności wydają nam się idiotyczne, bezsensowne. Moja mam też robiła kompoty - z mirabelek uwielbiałam! I chętnie wypiłabym i dziś. Babcia pamiętam robiła z truskawek. Buraczki moja Mama robi do dziś dnia i chętnie przyjmuję porcję kilku słoików. My pokusiliśmy się na robienie dżemów truskawkowych i żałuję, że nie zrobiliśmy więcej bo właśnie zużywam ostatnie słoiczki do porannej owsianki;) Z tymi pomidorami to koniecznie muszę przemyśleć sprawę w nadchodzącym sezonie!

      Usuń
    2. Ja do dziś robię własne przetwory, choć sa to głównie dżemy - uwielbiam takie domowe :)

      Usuń
  19. Swietny blog Bogusiu! Trafilam tu po raz pierwszy i nie moge sie oderwac. Zgadzam sie z Toba w bardzo wielu kwestiach, kulinarnych i kosmetycznych. Piszesz bardzo ciekawe i rzetelne recenzje. Dziekuje i prosze o wiecej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Postaram się trzymać poziom!:)

      Usuń
  20. Super, że tak to ogarnęłaś! I gratulacje dla męża!!!! :) Ja obecnie mieszkam w domu rodzinnym, więc koszty są nie do ogarnięcia, ale kiedy mieszkałam sama w Krakowie to bardzo skrupulatnie wszystko notowałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki;) Pewnie już Twoi rodzice trzymają rękę na pulsie:)

      Usuń
  21. Bardzo się cieszę z takich wpisów. Jako przyszła mężatka trenuję prowadzenie domu i gotowanie. O ile z organizacją domu nie ma problemu tak gotowanie to moja kula u nogi, w dodatku jeśli stoi za Tobą jeszcze mama i zawsze strofuje.
    Tak czy siak będąc na swoim dobrze jest od początku się zorganizować.
    Dlatego czerpię bardzo dużo z Twojego wpisu i mam nadzieję na kolejne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehhe ja na pewno lepiej gotuję niż sprzątam, bałagan jakoś sam się tworzy w ekspresowym tempie zawsze!
      Postaram się kontynuować w marcu, później może rzadziej, chyba, że odkryję coś nadzwyczajnego, jakiś pomysł jak to dobrze ogarnąć:)

      Usuń
  22. Poruszasz bardzo ciekawe tematy, ale musisz uważać na błędy (składniowe i ortograficzne), bo czasami niektóre posty ciężko się czyta i wyglądają jakby były pisane na kolanie. Ja wydaje dużo więcej - myślę, że ok. 700 zł/ osobę na samo jedzenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Zawsze przed publikacją czytam post co najmniej 2 razy, jednak nigdy nie byłam jakimś wyjątkowym orłem z j.polskiego, pewnie w ten sposób co piszę - mówię, więc ciężko mi takie błędy składniowe wyłapać.
      Ważne, żeby Twój budżet był skrojony na Twoją miarę;) Ja jestem z wyniku, że mieścimy się w 1000 zł zadowolona, chociaż jakby się udało zaoszczędzić to będę jeszcze bardziej. Ale tak jak już pisałam, nie chcę tracić na jakości.

      Usuń
  23. zmotywowałaś mnie do kontrolowania wydatków. Też jestem ciekawa ile wydaję na jedzenie
    Mam nadzieję że uda mi się wszystko notować :) od dzisiaj

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapisuj:) Chętnie za miesiąc przeczytam - jak Ci poszło:)

      Usuń
  24. Ja mam co miesiąc przeznaczone 300 zł na jedzenie (oczywiście po podzieleniu na pół, czyli na dwie osoby 600 zł) i nie za bardzo mam możliwość tę granicę przekroczyć, bo wówczas musiałabym uciąć na czymś innym :) Na szczęście udaje mi się w tym zmieścić, nie głodujemy ;)), a gotuję sama - rzadko jadamy na mieście, może raz w miesiącu zamówimy pizzę, ale to i tak nie zawsze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To świetnie sobie Basiu radzicie:) Może zdradzisz jeszcze czy planujesz szybciej posiłki? Gotujesz na kilka dni? Mrozisz porcje? Czy wszystko na bieżąco? Oraz czy często jadacie zupy, mięso itd.? Bo bardzo mnie to interesuje jak to u siebie najsensowniej rozegrać;)

      Usuń
    2. U nas jest taki system, że raz w miesiącu jedziemy na wieeelkie zakupy, z których wychodzimy z ogromnymi torbami - tutaj powody są dwa: po pierwsze mieszkamy na stromej górze, więc regularne robienie małych zakupów nie wchodzi w grę (nie dam rady wejść z nimi na górę, a Sławek nie byłby zachwycony gdyby to spoczywało na jego barkach, a kolejna sprawa - nie mamy blisko ani piekarni, ani mięsnego, by było to takie łatwe) - po prostu potrzebny jest samochód, a po drugie - ciężko jest nam się zgrać, byśmy oboje mieli czas i siły by na te zakupy pojechać (Sławek pracuje na 3 zmiany). Więc raz w miesiącu po prostu jedziemy na ogromne zakupy, a później dokupujemy już takie drobnostki - a to chleb, a to masło, czy jakieś warzywa, ale to już "na spokojnie". Lista tych dużych zakupów jest w zasadzie schematyczna - ze 3 paczki mięsa mielonego, 1-2 paczki piersi z kurczaka, jakieś mięso na zupę, warzywa standardowo - cebule, ziemniaki, pomidory, ogórki itd., obłożenie kanapek, chemia i inne rzeczy potrzebne w domu. Mięso mrożę, no bo inaczej się nie da :) W zasadzie gotuję również schematycznie, bo tak naprawdę dopiero 2 lata temu zaczęłam cokolwiek gotować (w domu rodzinnym zajmowała się tym mama). Pomału uczę się nowych rzeczy, ale eksperymentować jakoś mocno nie lubię, bo gotowanie nie jest moją pasją - chcę wejść, ugotować, zjeść i wyjść, bez większego podniecania się tym. Zazwyczaj zupa wystarcza na 2-3 dni, pierwszego dnia rosół, później coś innego. Mięso z rosołu później marynuję, odpiekam w piekarniku i znowu jest jeszcze jeden dzień obiadu :) Kotlety z piersi kurczaka zazwyczaj na 1 dzień tylko. Ale jak już zrobię przykładowo gołąbki bez zawijania, gdzie jest pół kilo mięsa, pół główki kapusty i jeszcze ryż, no to już jest obiad na 3-4 dni :) Mielone też na 2-3 dni zazwyczaj wystarczają. Tak samo duszona karkówka, czy nawet nasza ulubiona zapiekanka gyros (z ryżem) z piekarnika. Nie mam żadnej rozpiski co kiedy ugotuję, raczej podejmuję decyzje na bieżąco, ale staram się mieć zawsze wcześniej te składniki, które będą mi potrzebne do ugotowania "moich" potraw. Albo chociaż "z grubsza", a potem dokupić drobnostki. Sławek uwielbia makarony, więc to też w sumie szybko się robi, a i sos zazwyczaj wystarczy na 2 dni. Zupy jadamy zazwyczaj 2 razy w miesiący (czyli jakieś 4 dni), tuż po zakupach i gdzieś w połowie miesiąca znowu się dokupi włoszczyznę i znowu można zupę zrobić :) Mięso jadamy codziennie (wtedy kiedy nie ma zupy). Dość ważne jest też to, w jakim miejscu robimy zakupy - no stwierdzam tu zdecydowanie, że Biedronka wychodzi najtaniej. Jak parę razy jechaliśmy do Kauflanda czy Lidla, to istne bankructwo :) Tak to u nas wygląda :)

      Usuń
    3. PS. Przeczytałam też kiedyś, że na zakupy nie należy chodzić głodnym, bo więcej produktów wpadnie do koszyka. I muszę przyznać, że to jest prawda :) Jak idę na zakupy z pełnym brzuchem to kupuję tylko to, co niezbędne, a zachcianek wpada tyle, co nic. A jak pójdę głodna, to wszystko bym chciała :)))

      Usuń
    4. Dziękuję za tak wyczerpujący komentarz! To pomimo braku z Twojej strony pasji do gotowania to dobrze Ci idzie:) Ważne, że brzuchy pełne i że jedzenie Wam się nie nudzi.

      Też zaobserwowałam, że Biedronka wychodzi tanio, chociaż nie znajdę tam bardziej wymyślnych produktów, więc czasami trzeba pojechać do Tesco czy wejść do osiedlowego sklepu. Mi za daleko na Karwiny do Lidla (chociaż mam swój samochód nie lubię tam jeździć, strasznie ciasny parking itd.), a o Kauflandzie to już nie wspomnę. Po za tym gubię się w sklepach, których asortymentu nie znam, więc też wolę omijać.

      Tak na głodnego, to wszystko by się wzięło!

      Usuń
    5. Pewnie byłoby łatwiej i przyjemniej, gdybym to lubiła :) No ale coś jeść trzeba, niestety :)

      Niestety masz rację, w Biedronce nawet wybór przypraw jest fatalny, dlatego czasem jesteśmy zmuszeni do wizyty w Kauflandzie po te produkty, których nie da się kupić w Biedronce. Ale staramy się kupować tam tylko te "inne" produkty, bo inaczej to masakra. Ostatnio kupiliśmy w Kauflandzie tak naprawdę tyle, co nic, mała siateczka, a 100 zł ubyło... Tak mówię cały czas o tym Kauflandzie, bo to właśnie jego mam tu niedaleko, tak musielibyśmy jechać do Tesco przy obwodnicy, ale to już kawał drogi i sklep na tyle ogromny, że też nie przepadam za chodzeniem tam, bo nie mam pojęcia co gdzie jest ;) No prawda jest taka, że każdy robi zakupy tam, gdzie ma blisko i dogodnie :)

      Usuń
    6. Dokładnie, nie widzę sensu jechać przez pół miasta, bo to również koszty podróży czy to autobusem czy samochodem.

      Usuń
    7. Szkoda kasy i czasu :) Ściskam :)

      Usuń
  25. Ja nigdy nie liczyłam ile wydajemy na jedzenie, ale jak tak czytam o Twoich doświadczeniach i przeglądam komentarze, to korci mnie aby jednak to sprawdzić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To może chociaż miesięczny eksperyment?

      Usuń
  26. Lektura tego wpisu (oraz niektórych komentarzy) z jednej strony mnie zaskoczyła, z drugiej zaś podniosła na duchu;)Wydawało mi się bowiem, że wydaję strasznie dużo, zwłaszcza na jedzenie (zbieram paragony, notuję szczegółowo miesięczne wydatki, choć czasem mnie to frustruje).Wydaję na jedzenie ok.500-600 zł miesięcznie (na 2 osoby).Zaznaczę tylko, że mieszkam w dużym mieście. Moje wydatki to głównie warzywa, owoce, kasze, strączkowe, ryż, makaron, mąka, oleje, wegański nabiał (jestem weganką, wcześniej byłam wegetarianką) oraz mleko, jaja i baaaardzo rzadko mięso (2 połowa teamu).Chleb piekę sama, słodyczy praktycznie nie kupuję, oprócz dobrej gorzkiej czekolady. Zakupy robię w różnych sklepach (Biedronka, osiedlowy Carrefour, Auchan, warzywniaki, ekotarg, rzadziej delikatesy).Być może moje wydatki są takie skromne ze względu na wcielanie w życie zasady zero waste. Często kupuję produkty luzem do swoich woreczków (tu polecam Auchan lub lokalne ryneczki),co zdecydowanie wychodzi taniej jako że za opakowanie, chcąc nie chcąc, płacimy. Do tych wydatków zaliczam również tzw. chemię gospodarczą, choć w moim przypadku to głównie mydło, ocet, soda oczyszczona i boraks. Odkąd zaczęłam używać kubeczka menstruacyjnego i wkładek wielorazowych, nie kupuję podpasek i tamponów. Na mieście jadam sporadycznie, ponieważ dużo gotuję (mnie również inspiruje Marta Dymek ;)).Może niektórym wyda się to bardzo skromnym życiem, ale zapewniam, że nie chodzimy głodni i nie mam poczucia, że się ograniczam:)Dziękuję za ten post i przepraszam za długi wpis, ale poczułam natchnienie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pisałam ja,Asia;)Pozdrawiam:)

      Usuń
    2. Dziękuję Asiu za komentarz:) Widzisz - dobrze Wam idzie. Kurczę ja niestety do Auchan mam daleko, a czy woreczki można "tarować" na wadze? Czy nie dziwią sprzedawców? Bo zawsze mnie to zastanawia.

      Tak, ja może za często korzystam z osiedlowego sklepu, w którym jest drożej niż w innych. Ale mam nadzieję, że nam się też uda zejść z tej sumy, która jest teraz, a zaoszczędzone pieniądze ulokować gdzieś indziej;)

      Usuń
    3. Do Auchan też mi w sumie nie po drodze, ale zaopatruję się tam li tylko ze względu na duży wybór produktów luzem. Co do woreczków, to np. w Auchan chyba nikogo nie dziwią, tu nigdy nie spotkałam się z jakąkolwiek reakcją. W innych sklepach różnie bywa - czasem zdziwienie, pytania czy to mój woreczek, najczęściej jednak reakcje są pozytywne, łącznie z wystawianymi laurkami za proekologiczną postawę ;) Okazuje się, że wielu osobom przeszkadza ogarniający nas zalew plastikowych siatek. Woreczków nie taruję, bo ważą tyle co nic i dużej różnicy na wadze nie uczynią (choć raz, w sklepie z herbatą, gdy zapomniałam swojej puszki, pani postanowiła mi jednak rzeczony woreczek wytarować). Taruję tylko pojemniki na ser/rybę/mięso (tzn. nie ja, a sprzedający). Zainteresowanych kupowaniem w stylu zero waste, odsyłam do filmiku na youtube "Zero Waste with Bea Johnson". A jeśli kogoś dziwi taka postawa, to polecam film "Inwazja plastiku" (ang. "Bag it"). Pewnie wyjdę na eko-freaka, ale trudno ;)
      A w osiedlowych sklepach też się czasem zaopatruję, choć może tu ceny nie są tak wysokie.
      A tak na marginesie, moim celem nie było potępianie osób, które wydają więcej niż ja na żywność ani też wbijanie ich w poczucie winy ;) Jest to kwestia indywidualnych potrzeb. Po prostu mnie te niektóre kwoty osób komentujących zaskoczyły, a z drugiej strony pomogły pozbyć się wyrzutów sumienia :) Pozdrawiam :)

      Usuń
  27. Ja z M wydajemy ok. 900 (wliczając w to wydatki na chemię itp.). Na piwko i jedzenie na mieście w podsumowaniu byłoby 150-200, ale to zależnie od miesiąca i ilości wizyt znajomych. W marcu będzie może 100 zł, przez kurs prawa jazdy nie mamy czasu na gości ;)
    Wielkość miasta niestety ma wpływ na budżet, przekonałam się o tym we Wrocławiu. W Gdańsku wydawaliśmy mniej...

    OdpowiedzUsuń
  28. Z chęcią wróciłam do tego wpisu i komentarzy. Za zakupy spożywczo-domowe (w tym chemia) płacimy z mężem około 500-600zł miesięcznie. Głodni nie chodzimy, jemy zdrowo, wszystkie posiłki przygotowywane w domu :) A mieszkamy w Krakowie.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz. Zachowaj kulturę osobistą, nie obrażaj mnie, ani innych blogerów. Nie wklejaj linków. Masz pytanie - pisz, odpowiem tutaj lub w osobny poście jeżeli temat będzie wymagał rozwinięcia. Zawsze możesz też napisać do mnie maila, a ja najszybciej jak będę mogła odpiszę!