31 mar 2015

Marta Sapała "Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków" | Moje zdanie na temat książki.

Dokładnie 4,5 h spędziłam czytając tą książkę - tak podpowiada mi czytnik Kindle. 4,5 h nie ciągiem, ale z przerwami, długimi nocnymi przemyśleniami. Tak właściwie to dalej "trawię" zawarte w niej treści. I mam nawet zamiar do niej wrócić. 

Już nie przedłużając - polecam ją również Tobie! Dlaczego?

Książka to nie poradnik, nie powie Ci co masz zrobić. To opis 12 miesięcy, eksperymentu przeprowadzonego przez kilka gospodarstw domowych z całej Polski (również autorki). Kilka rodzin różniących się od siebie miejscem zamieszkania (miasta, wsie), rodzajem wykonywanej pracy (np. korporacje, własne firmy, budżetówka, dorywcza), posiadaniem lub nie potomstwa/ osób starszych pod opieką. Małżeństw, rozwodników czy singli. 

Eksperyment - NIE KUPOWANIE. Po za podstawowymi niezbędnikami. A co tak naprawdę jest nie zbędne do życia? Życia na krawędzi ubóstwa. 
Jak to autorka ujęła zagląda: "do nie swoich  portfeli, spiżarni, szaf i głów". 

Książka napisana świetnym językiem, łatwym do przyswojenia. Zawiera w sobie nie tylko  opisy zdarzeń czy uczuć ludzi biorących udział w eksperymencie, ale również wiadomości historyczne, kulturowe, społeczne. Informacje poparte raportami, statystykami. 

Tak jak wskazuje spis treści, porusza różne kwestie:
  • Sprzątania o którym wspomina chociaż raz każdy minimalista. 
  • Gospodarności, pielęgnowaniu ogródka. Nie koniecznie własnej działki, ale również balkonu, wspólnej przestrzeni mieszkańców kamienicy czy nieużywanych ziem zagranicznych inwestorów po których śladu nie ma. Pokazuje i przekonuje do wymienia się przedmiotami, przetworami, umiejętnościami.
  • Wiciu gniazda lub posiadaniu już potomstwa. A z nim dylematy prezentowe. Czy dziecko, których rodzice zdecydowali się na nie kupowanie jest pokrzywdzone czy mniej szczęśliwe?
  • Rozczarowań, nikt nie mówił, że będzie łatwo i kolorowo. Część uczestników zrezygnowało w trakcie trwania eksperymentu z różnych przyczyn. 
  • Przyjemności, podróżach - wymianach domami. Finansach w kontekście pozbywania się długów, oszczędnościach i bilansie rocznym. 
  • Społeczności. Jak osoby "nie kupujące" są spostrzegane przez innych, czy są akceptowane, a może jednak wyalienowane? Czy Tworzą swój własny system? 

Tego wszystkiego dowiesz się z książki, nie zdradzę Ci szczegółów.  

Książka "Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków" wywołała we mnie wiele różnych, sprzecznych uczuć i emocji. Raz się radowałam innym razem smuciłam z panującej niesprawiedliwości. Ostateczny wydźwięk ma jednak pozytywny. 

Otworzyła mi oczy. Na to co już posiadam i o czym pisałam w poście: nic mi więcej nie potrzeba. Że moje podstawowe potrzeby są zaspokojone, a to co zapisuję na "chciej-listy" to już podwyższanie standardów. Pewnie, nie ma w tym nic złego, jeżeli nas na to stać. Kto nam zabroni? 

Uczy pokory. Pokazuje jak wiele osób żyje na krawędzi, nie dobrowolnie - jak uczestnicy eksperymentu, ale zmusza ich do tego sytuacja życiowa. 

Motywuje do zmian. By być mądrzejszym konsumentem i tu wcale nie chodzi jedynie o czytanie etykiet, składów czy miejsc w którym został wyprodukowany dany towar. Ja to tłumaczę sobie tak: wykorzystuję wszystkie składniki spożywcze, które kupiłam by jak najmniej trafiało do kosza na śmieci. Kupuję mniej ubrań, sprzętów itd. Nie spełniam od razu swoich wszystkich kaprysów, czasami wzięcie na wstrzymanie to najlepsze rozwiązanie;) 

Uczy, że: nie to co posiadasz, ale to jakim jesteś człowiekiem i jak postępujesz w życiu świadczy o Twojej wartości. To już wiedziałam, ale wiele osób dalej podąża za trendami, kupuje "masthewy", aby przypodobać się komuś, nie odstawać od grupy. Wystarczy spojrzeć na nastolatki w centrach handlowych palących ekopapierosy, ubranych w te same ciuchy z drogich sieciówek ze smartfonami (z nadgryzionym jabłkiem) w rękach... 

Przekonuje mnie do bycia jeszcze bardziej samowystarczalnym, ale również współpracować z innymi na zasadzie wymiany dóbr. Sadzenie pomidorów, truskawek, ziół na balkonie praktykuję już od kilku lat. Powoli kończą nam się dżemy, które przygotowaliśmy dwa lata temu i które chętnie podbiera ode mnie siostra. W tym roku zrobimy więcej przetworów, różnych - wspólnie. Smak tych sklepowych nie dorównuje im do pięt. 

Na razie to wszystko. 
Mam nadzieję, że przekonałam Cię do sięgnięcia po tą książkę;) 
A jeśli już przeczytałaś/łeś, podziel się swoją opinią.



Zobacz również:

12 komentarzy:

  1. Bez dwóch zdań czuję się zachęcona i jak będę miała okazję bez wahania sięgnę po tę książkę. Jak już wcześniej wspominałam, jestem przeciwniczką popadania z jednej skrajności w drugą. Ograniczenie kupowania do niezbędnego mimimum to dla mnie właśnie taka skrajność. Rozumiem, że to akurat jest eksperyment, ale przeglądając w sieci blogi o minimaliźmie trafiłam także na takie, które skromne do granic życie promują. Generalnie nic mi do tego, ale moim zdaniem nie wnosi to żadnej wartości dodanej... Według mnie nie ma nic złego w sprawianiu sobie drobnych, materialnych przyjemności. Jak w każdej dziedzinie/sferze życia, tak i w minimaliźmie wskazany jest umiar ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak tutaj to był eksperyment, na który pewnie ja bym się i tak nie zdecydowała, chyba, że przyciśnięta do ściany przed długi czy inną dziwną sytuację życiową. Na szczęście nie muszę;) Ale tak jak napisałam - osoby biorące udział też miały swoje słabości, czy odnajdywały przyjemności, podróżowały. Każdy sam musi zdecydować bez czego umiałby żyć a bez czego byłoby mu bardzo źle. Ja uwielbiam kino i nie zamierzam z niego rezygnować, czy z tego kubka kawy na mieście - skoro i tak pijam jej tak mało...

      Usuń
  2. Odnoszę wrażenie, że kiedyś to nazywało się rozsądnym gospodarowaniem zasobami :) A przynajmniej ja to wyniosłam z domu rodzinnego i tak byłam wychowywana. Nie żeby Nam czegoś brakowało, nie. Po prostu Rodzice znali i rozumieli znaczenie siły pieniądza oraz przekazali mi też coś ważniejszego, że nie wszystko jest na sprzedaż, nie wszystko można kupić, każdy ma inny punkt odniesienia oraz potrzeby :)

    Książki nie znam, ale w moim rodzinnym domu zawsze był ogród, wygospodarowana część na działkę gdzie uprawialiśmy różne rośliny na własny użytek, było robione dużo przetworów. Planowanie, to słowo klucz :) Tyczyło się to sfery budżetowej jak i pozostałych elementów.
    Byłam dzieckiem, które nie zawsze dostawało kupowane prezenty. Nigdy nie czułam się przez to gorsza czy inna. Wymiar prezentów miał dużą rozpiętość, od wspólnych wycieczek po inne rzeczy. Podstawą u nas w domu były książki, one miały priorytet :)
    Stan posiadania zaczyna się w naszym umyśle i tak naprawdę, to jest najważniejsze, bo rzutuje na całe życie.

    Dzisiaj nie muszę zastanawiać się nad tym jakby było żyć w wersji "mini", jest mi dobrze tak po środku. Bez przeciągania w jedną lub drugą stronę. Za to wiem, że mam wszystko czego potrzebuję do bycia szczęśliwą, spełnioną (oby zostało tak jak najdłużej ;)) i jedyne czego sobie mogę życzyć, to zdrowia :) Być może brzmi banalnie, ale to podstawa, filar życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak gospodarność to najlepsze słowo do określenia.

      U mnie nie było ogródka, ale rodzice mieli takie ogródki działkowe, sadzili ogórki, zbierało się mirabelki i śliwki na kompoty, agrest i inne dobra. Pamiętam jak wyjadałam szczaw garściami. U dziadków za to był ogród i truskawki, poziomki czy maliny prosto z krzaczka. Ale również sporo jabłoni, czerwonej porzeczki, czosnku i szczypiorku. Teraz mieszkając w większym mieście to trochę utrudnione, a po za tym ludzie się rozleniwili bo sklepy pękają w szwach. Po prostu szybciej i łatwiej pójść kupić niż zadbać i doglądać swoich roślin.

      Też nie byłam rozpieszczana w domu rodzinnym i nie mieliśmy wszystkiego co chcieliśmy tu i teraz. Nie czuliśmy się pokrzywdzeni w żaden sposób. W nagrodę na koniec roku czy na dzień dziecka szło się z rodzicami na lody;) Prezentem na gwiazdkę mogły być buty zimowe, czy sweter - które teraz nastolatkowie po prostu uważają, że im się należą i już!

      Niestety ja Asiu jestem trochę młodsza od Ciebie i dojrzewałam w innym czasie, pogoni za gadżetami itd. Taki wyścig najbardziej był widoczny w liceum czy na studiach. Na szczęście w moim najbliższym otoczeniu jeszcze ten trend nie był aż tak silny jak w innych. I w rocznikach jeszcze młodszych od siebie.

      Z domu "na swoje" też wyprowadziłam się szybko jak na moich rówieśników. Bo w wieku 22 lat, w tym wieku jak się zaczyna zarabiać i stać na więcej niż rówieśników łatwo o sodówkę do głowy. Chce się czerpać garściami z życia np. z jednego pokoju dzielonego przez całe życie z siostrą mam teraz 3 dosyć spore na mnie i męża... To zdecydowanie za dużo... a kredyt czy rachunki płacić trzeba. Z dzisiejszą wiedzą jaką mam pewnie postąpiłabym inaczej.

      Tak i zdrowie - jest ważne, doceniłam to chyba dopiero najbardziej ubiegłego listopada...

      Usuń
    2. Według mnie ta cała pogoń za kasą, gadżetami itd. dyktowana jest przez społeczeństwo. Jak się wyprowadzasz z domu - koniecznie na swoje, najlepiej nowe, po co po kimś remontować? Zdajesz prawo jazdy koniecznie kup samochód, ale nie byle jaki, wmawiają, że im droższy to bezpieczniejszy. Koleżanka ma torebkę od producenta, a Ty nie? Czemu przecież jesteś lepsza od niej itd...... Jak to dziecku nie kupisz zabawki? chodzika, bujaczka, nosidełka, modnej chusty i jeszcze setki innych gadżetów... Wszędzie krzyczą bilbordy czy hasła reklamowe "jesteś tego warta", "kup to o czym marzysz", "wzięła kredyt i ma to o czym marzyła całe życie".... Robi papkę z mózgu. A im człowiek młodszy tym bardziej podatny na takie hasła.

      Lansuje się celowo takie zachowania, by rynek się kręcił...

      Usuń
    3. Pomimo różnicy wieku pomiędzy Nami wiem co masz na myśli. Ja może tego tak nie odczułam, ponieważ okres szkoły średniej spędziłam w męskim gronie, szkoła niby koedukacyjna, ale niewielki był procent dziewczyn. Dlatego to też inaczej wyglądało i widziałam różnice, gdy spotykałam się z koleżankami, które wybrały np. licea. Za to mogę podzielić się kilkoma refleksjami z własnego podwórka. Chodziłam do szkoły, w której większość to była tzw. "szyszki", czyli dzieci ludzi na stanowiskach, z koneksjami, często właścicielami dużych biznesów. To oni jakby robili za pierwszy plan i szybko można było zauważyć, jak ulegali wpływom. Gadżety wtedy nie jeszcze nie były na topie ;) zaczynało się od ubrań, przez samochody kończąc na wyjazdach tu i tam, hucznych imprezach i wielu innych rzeczach. Mogłabym elaborat stworzyć. Panowie żyli pełną parą na koszt rodziców. Byłam w tym tak po środku, bo niczym mi taki styl życia nie imponował, a jednocześnie żyłam w tej społeczności. I chyba większy szok przeżyłam na studiach, gdzie grupę miałam typowo kobiecą (tylko kilku chłopaków) i wtedy zobaczyłam "ile mnie ominęło" ;) To był beznadziejny czas, tym bardziej że na drugim roku to już zarabiałam na siebie i miałam zupełnie inną wizję świata niż zakup nowych ciuchów/kosmetyków/imprezy.
      Pod koniec studiów zaczynała się jakaś dziwna rywalizacja względem sprzętowym, ale to jeszcze nie było na taką skalę jak teraz. Zresztą pośród znajomych też to widzimy z mężem np. komputer to wyłącznie Mac i inne dodatki, błyszczące logo które musi być widoczne pod każdym możliwym kątem itd.

      Z rodzicami długo mieszkałam i był to super okres w moim życiu. Nie zamieniłabym na nic innego :) ale miałam inne warunki lokalowe (duży dom jednorodzinny). I z drugiej strony przygotowało mnie to do prowadzenia dużego domu, bo obecnie w takim też mieszkamy razem z mężem. Być może także jest nieco za duży, ale potraktowaliśmy to jako swojego rodzaju inwestycję. Nie chciałabym wynajmować domu/mieszkania, bo jednak co na swoim, to na swoim. I nawet jeżeli doszłoby do przeprowadzki, to przebiega ona na innych zasadach niż przy wynajmowanym lokum.

      W tym wszystkim wybija się jeszcze jedno, roszczeniowa postawa wobec świata i wszystkich wokół. I przyznam się, że patrząc na wszystko to, co się dzieje, jakiego nabiera charakteru, w jakim kierunku zmierza, to zastanawiam się, jak wychować dziecko, by nie straciło nic ze swojego dzieciństwa, nie czuło się gorsze wśród rówieśników i by samo widziało i rozróżniało otaczającą go rzeczywistość?

      Wiesz, teraz jeszcze bardziej doceniam to, że można iść do sklepu i kupić :) Przy własnych uprawach zawsze było mnóstwo pracy, co prawda satysfakcji też, ale tempo życia jest takie a nie inne. I pomimo, że przygotowałam sobie kąt z ziołami w tym roku plus truskawki (bardziej dla ozdoby ;)), to nie tęsknię za działką z prawdziwego zdarzenia. Wiem, ile pochłania ona pracy, cierpliwości, czasu i nakładów. Za to wybieram warzywa i owoce z upraw organicznych, tego się trzymam :)
      W głowie za to zostanie obraz ogrodu pełnego smakołyków :) Za to moja Mama, która jakiś czas temu przeszła na emeryturę uprawia działkę i mówi, że teraz w końcu Ją to relaksuje, bo ma czas :D

      Usuń
    4. Masz rację, społeczeństwo odgrywa ogromną rolę plus środowisko z jakiego pochodzisz oraz obracasz się na co dzień.
      W tym wszystkim najgorsze jest w moim odczuciu życie na kredyt, nie patrzenie na posiadane zasoby, tylko brak organizacji nad wydatkami. Znam osoby, które potrafią zaciągnąć duży kredyt tylko po to żeby kupić jakis odjechany sprzęt (bo ładnie wygląda), wyjechać na 10 dni i leżeć przy basenie w jakimś ciepłym zakatku świata (bo potem wstawi się zdjęcia na FB i można każdemu mówić, bo prezcież to brzmi lepiej niż coś w Polsce...), zmienić wystrój w mieszakniu tak dla kaprysu... I to jest smutne. Takie sytyacje najlepiej obrazują, jak dla kogoś innego stan posiadania fizycznego jest najważniejszy.

      I jeszcze jedno. Polityczno-gospodarcza sytuacja Polski ma także ogromne znaczenie, przemiany jakie zachodzą, są zbyt świeże i trudno dogonić "zachód" kiedy przez tyle czasu układ wskazywał na zupełnie inne możliwości. I w takiej sytuacji spirala nakręca się jeszcze bardziej.

      Usuń
    5. Nie mogłaś tego lepiej napisać;)

      Ja jeszcze pamiętam, że jak na studiach podjęłam pracę kelnerki razem z przyjaciółką z tamtych czasów (już dawno nasze drogi się rozeszły), pamiętam jak ona rzuciła pracę, bo: "dostałam stypendium socialne, więc nie muszę już pracować". Socjalne czyli takie dla tych co wykazywali niskie zarobki rodziców... I to dostała piękną sumę tysiąca zło. Jej rzeczywista finansowa sytuacja wyglądała zupełnie inaczej, ale kto to mógł sprawdzić? Nie będę się tutaj rozdrabniać w szczegóły, bo może ktoś kto czyta zna tą osobę. Ale to idealnie obrazuje jak wyglądali moi rówieśnicy wtedy.

      Ja gdybym miała ponownie wybierać mieszkanie kupiłabym mniejsze, tańsze. A z czasem ewentualnie zamieniła na większe.

      Tak sytuacja polityczno-gospodarcza ma ogromny wpływ i o tym świetnie napisała Anna Mularczyk-Meyer w książce "Minimalizm po polsku..."

      Usuń
  3. Lubię książki, które tak bardzo dotykają czytelnika! :) Minimalizm górą! :) Nie wiem czy sięgnę po nią ale z pewnością zastanowię się nad radami, o których napisałaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam, że to też dobra pozycja dla osób które o minimalizmie nawet nie myślały:)

      Usuń
  4. Od dawna mam tę książkę na uwadze, ale ostatnio z czytaniem u mnie na bakier... Chyba czas się podciągnąć :) Myślę, że nadszedł właśnie taki czas, w którym ludzie otrząsają się z pędu do posiadania większej ilości rzeczy, pieniędzy, znajomych. Może to zasługa mody na minimalizm (w pełni popieram!), a może przesyt pomału się już przejada. U mnie jest z tym coraz lepiej, ale po książkę chętnie sięgnę.
    pozdrawiam, A

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z czytaniem mam fazy, raz pochłaniam innym razem posucha, zależy od nastroju i czasu. I tak chyba jest zdrowo, w sensie, że nic na siłę:) Też się cieszę, że panuje moda na minimalizm, lub chociaż coraz więcej się o nim mówi, uświadamia społeczeństwo. Tą książkę polecam, bo na prawdę jest dobra:)

      Usuń

Dziękuję za komentarz. Zachowaj kulturę osobistą, nie obrażaj mnie, ani innych blogerów. Nie wklejaj linków. Masz pytanie - pisz, odpowiem tutaj lub w osobny poście jeżeli temat będzie wymagał rozwinięcia. Zawsze możesz też napisać do mnie maila, a ja najszybciej jak będę mogła odpiszę!